czwartek, 16 grudzień 2010 12:08

Smak pierwszych truskawek

Jestem DDA. Przeszłam terapię i mimo ciągłych trudności życiowych prę do przodu. Często jest mi bardzo trudno, miewam stany depresyjne, nieraz przychodziły myśli samobójcze. Generalnie rzecz biorąc, moje życie było czarne albo białe. Okresy całkowitej depresji, brak wiary we własne siły, ogromne trudności z komunikowaniem się z ludźmi przeplatały się z okresami wielkiej energii, pogody ducha, uczuć wzniosłości i euforii.

Ale w tym wszystkim najgorszy był chaos i ciągły lęk. Lęk przed wszystkim: przed porzuceniem, przed ludźmi, przed tym, że zostanę napadnięta, zgwałcona... I lęki totalnie irracjonalne, których nie mogłam z niczym powiązać: nagłe kołatanie serca, paraliżujący lęk przed nie wiadomo czym, lęk przed reakcją innych na moje zachowanie.

Lęk przed tym, że ktoś mnie zlekceważy, odrzuci, upokorzy, zostawi całkiem samą, lęk przed radzeniem sobie samemu. Lęk przed proszeniem o pomoc, przed tym, że okażę się bezradna, lęk przed byciem śmieszną i wyśmianą.

To wszystko zawdzięczałam toksycznej rodzinie – dziełu mojego rozchwianego emocjonalnie ojca alkoholika, terrorysty, despoty, luzaka, człowieka kompletnie nieprzewidywalnego. Każdy dzień mojego życia zależał od tego, którą nogą wstanie ojciec, czy spotka kolegę do picia, czy będzie miał potem wyrzuty sumienia, czy może alkohol rozbucha jego już i tak niemałą dawkę agresji, którą kumuluje w sobie od 50 lat. I tak trwałam aż do momentu, gdy przeszłam terapię – bardzo trudną dla mnie, ale warto było.

 I o tym właśnie chcę powiedzieć. I mimo świadomości, że jeszcze nie raz przeżyję takie momenty, w których to, co dalej napiszę, wyrzuciłabym do kosza, podeptała, spaliła, opluła, potargała – chcę to napisać, bo czuję to głęboko i tego uczucia, które w tym momencie we mnie jest, nie zabiją już żadne przyszłe chwile słabości i zniechęcenia. Bo teraz jest teraz i takich chwil jak ta doświadczam coraz częściej.

Chcę powiedzieć tym, którzy jeszcze tego nie wiedzą, że bardzo dużo możemy w życiu zmienić, że nasze życie nie musi być kontynuacją tego, co było przedtem. Sami decydujemy o tym, jaki kierunek obrać. Jest to bardzo ciężka praca, która może trwać latami, a nagrodą jest coraz więcej jasnych i kolorowych momentów w życiu. Coraz więcej spraw, które cieszą i źródłem tego wszystkiego jesteśmy my sami. I tak właśnie z czasem stałam się dla siebie najciekawszym tematem rozważań.

Zastanawiałam się, dlaczego wchodząc do autobusu czuję się źle, nieswojo, dlaczego się wstydzę, dlaczego nie chcę podejść do grupy ludzi z psami na spacerze i dlaczego czuję się źle nie podchodząc do nich, dlaczego boję się ludzi, którzy zachowują się nieprzewidywalnie, dlaczego czuję lęk przebywając z moim mężem, gdy ma kiepski nastrój i niewiele mówi, dlaczego wolałabym zagadać tę ciszę, na siłę wyciągnąć, co w nim tkwi. I odpowiedź na każde pytanie, nawet najbardziej banalna, przynosi mi radość i satysfakcję.

I tak z dnia na dzień odkrywanie mnie samej stało się czymś, co sprawiało, że moje życie zaczęło kwitnąć, najpierw powoli, nieśmiało, trochę ślamazarnie, a teraz ukwiecone jest już całe. I pierwszy raz w życiu czuję się szczęśliwa, i cieszy mnie wszystko. Cieszy mnie spacer z psem i ładna pogoda, cieszy mnie deszcz spływający po oknach i świetliki w ogrodzie. Takiej radości nie czułam nigdy wcześniej.

Czasem myślę sobie, że nie ma to jak być z rodziny alkoholowej, czuję jakby całe te zapasy radości dziecięcej – które zamarzły gdzieś na etapie wczesnego dzieciństwa – właśnie odtajały i eksplodowały. I myślę, że dopiero teraz jestem w stanie tak głęboko to docenić, tę radość płynącą ze mnie samej. I w takich momentach cieszę się, że jestem DDA. Cieszę się, że świadomie smakuję radości, które dla innych są normą, więc ich tak nie cieszą. A ja przeżywam je jak dziecko, które po raz pierwszy w roku kosztuje truskawek dopiero co zerwanych z wiosennego krzaczka.

Pozdrawiam
Kasia


dodziuk_annaAnna Dodziuk jest psychoterapeutą, superwizorem treningu psychologicznego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, licencjonowanym psychoterapeutą Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i specjalistą terapii uzależnień.




Pani Kasiu,


Ogromnie cieszę się z Pani listu, bo pokazuje on realistyczną perspektywę tym dorosłym dzieciom z alkoholowych rodzin, które rozważają możliwość szukania dla siebie pomocy. Nie mówi Pani: „Będzie cudownie i szczęśliwie”, tylko: „Coraz więcej jest w moim życiu chwil radości, chociaż bywają też dołki, zapaści, pogorszenia, nawroty”.
Mam pewne porównanie, przytaczam je ludziom, z którymi pracuję terapeutycznie, kiedy pytają mnie: „Jak długo to jeszcze potrwa? Jak długo będę się musiał(a) męczyć?”.

Otóż, w moim doświadczeniu obraz wyzwalania się spod wpływu dzieciństwa w toksycznej rodzinie przypomina salamandrę. Czy wie Pani, jak ona wygląda? Podobna z kształtu do jaszczurki, jest czarna w żółte plamy lub żółta w czarne plamy, a u niektórych trudno powiedzieć, która z tych barw przeważa. Tak więc najpierw moje życie było czarne – nieszczęśliwe, pełne bólu i problemów – z prześwitami; potem nieszczęście i radość zrównoważyły się i trudno było orzec, jaki w nim dominuje kolor; dziś na pewno przeważają barwy słoneczne, jak u Pani, Kasiu. Ale nie istnieje salamandra bez czarnych plamek.

DDA mają poważne powody, żeby być nieufne, w tym również nie mieć zaufania do propozycji terapeutycznych. Taki umiarkowany optymizm jest dużo bardziej wiarygodny niż entuzjazm dla psychoterapii czy samopomocowych grup DDA. Faktycznie, cudów nie ma, ale można się dużo mniej męczyć. Tę myśl chciałabym przekazać wahającym się osobom, które mają za sobą koszmarne dzieciństwo w rodzinie alkoholowej. I zachęcić: spróbujcie, zaryzykujcie, potem będziecie się dziwić, dlaczego czekaliście tak długo.

Zawsze budziło to we mnie sprzeciw, że osoby, które cierpiały w dzieciństwie, muszą jeszcze z tego powodu cierpieć w dorosłym życiu. Na szczęście muszą w coraz mniejszym stopniu: dzięki temu, że umiemy rozpoznać źródła tego cierpienia oraz że pojawiły się różne możliwości uzyskania pomocy przez DDA – to rzeczywiście jest wybór.