wtorek, 04 styczeń 2011 13:19

Z poczty „Charakterów”: DDA i ja

Wspólne doświadczanie, przeżywanie, przebywanie ze sobą. Dystans, brak zaufania, niepewność, lęk przed zbliżeniem. Dzielenie emocji na: „moje, twoje, ja, ty”. Żeby tylko uniknąć „naszego, my”. Żeby tylko nie myśleć w liczbie mnogiej. Mój chłód emocjonalny, żeby tylko nie sprowokować, nie przywołać jego wspomnień, kolejnych ataków lękowych.

Błędne koło, w które się zaplątaliśmy, i które nadawało swój szalony, powtarzalny rytm naszej znajomości. Moja bezradność, świadomość zbliżającego się końca tego, co było, ale było nie w pełni. 

Ręce rozłożone, między nami coraz cięższa cisza. Moja chęć zrozumienia, wsparcia, żeby można było zacząć cokolwiek budować. Żeby budowanie miało jakiś sens, żeby cegły zaczęły tworzyć zwartą konstrukcję, a nie stertę pojedynczych, niełączących się fragmentów. Jego odrzucanie, ciągłe oskarżanie mnie o litość.


I powtarzające się przez lata stałe elementy: błędy, raniące zachowania, słowa, moje bezwarunkowe wybaczanie, jego przerzucanie odpowiedzialności za to, co się stało, na mnie albo przepraszanie i decyzja o rozstaniu. Decyzja, którą zawsze podejmował sam.

Porzucał, żeby nie zostać porzuconym, żeby uzyskać złudne poczucie kontroli, panowania nad tym, co się dzieje w jego relacjach z innymi ludźmi. Ciągłe powroty, obietnice i kolejne rozstania. Moje życie bez poczucia stabilności, gruntu pod nogami. Ciągła huśtawka uczuć... Jego niepewność, wieczne badanie i sprawdzanie, czy zależy mi na tyle, że wybaczę. Jego myśli samobójcze, radykalne decyzje. Moja prośba, żeby poszedł na terapię. Nie dla mnie, nie dla nas. Żeby ratować siebie. Zdecydował się, poszedł. Zdecydował się! 

Butterfly