poniedziałek, 10 styczeń 2011 09:41

Nowe szaty starego nałogu

Od wszystkiego w taki sam sposób można się uzależnić. Uważa się, że hazardzista w smokingu jest lepszy od zamroczonego, śmierdzącego alkoholika, a cyberseks od narkomanii. A niby dlaczego? – mówi Lubomira Szawdyn, psychiatra, psuchoterapeutka uzależnień.

LUBOMIRA SZAWDYN – jest lekarzem psychiatrą, psychoterapeutą uzależnień i prekursorem lecznictwa odwykowego w Polsce. Wykłada na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Prowadzi prywatną praktykę.

JOLANTA BIAŁEK: – Na temat uzależnień istnieje wiele mitów. One powodują też, że coraz więcej ludzi uzależnia się od coraz innych substancji czy czynności. Ostatnio przeczytałam, że uzależnienia są tak naprawdę maskowaniem depresji. Inaczej mówiąc, człowiek ma depresję i leczy ją, sięgając po używki.

LUBOMIRA SZAWDYN:
– To jest nieprawda. Takie podejście jest wygodne dla samych uzależnionych: jestem taki nieszczęśliwy, więc muszę się napić. Osoby uzależnione bardzo by chciały, żeby depresja albo psychoza były pierwsze, bo dzięki temu mogłyby usprawiedliwić swoje picie, narkotyzowanie się, nadmierne zakupy, hazard – bo przecież w ten sposób się leczą! Seksoholik, alkoholik czy każdy inny uzależniony nie wpada w uzależnienie dlatego, że jest nieszczęśliwy czy zestresowany, ale dlatego, że dzięki tym substancjom czy czynnościom robi sobie przyjemność, dostarczając mózgowi dopaminę.

Natomiast bardzo wielu psychologów uważa właśnie, że alkoholizm jest wtórny do depresji i w ten sposób go leczą. Zawiązuje się taka nić porozumienia. Pacjent jest cały szczęśliwy, bo nareszcie znalazł zrozumienie, może przed kimś się wyżalić: jaki to on jest biedny, zawsze miał pod górkę, był lękowy, jak lęk mu ustępował pod wpływem alkoholu – no więc pił. I tak naprawdę to on nie jest alkoholikiem, tylko ma ciężką depresję – sam się zdiagnozował, a psychoterapeuta ma mu pomóc.

Pacjent cierpi i chyba najważniejsze, że ktoś mu pomaga.

– Ale prawidłowa diagnoza jest bardzo ważna, inaczej można po prostu zaszkodzić. Uzależnienia i depresja to są zupełnie różne obszary, które nawet się nie zazębiają. Wymagają innego podejścia. Uzależniony ma przede wszystkim problem z decyzyjnością, to nie on decyduje o sobie, za niego decydują jego potrzeby, jego żądze. I gdy słyszę, że w terapii pyta się pacjenta: jakie pan ma potrzeby, to – delikatnie mówiąc – dziwię się. Przecież w uzależnieniach potrzeba jest równoznaczna z chceniem, a chcenie z przymusem. Czyli pytając o potrzeby, pytamy tak naprawdę, czy by się nie napił. W uzależnieniach taka terminologia jest niewłaściwa, ona powoduje, że pacjent bardzo szybko wprowadza terapeutę do swoich mechanizmów obronnych.

W powszechnym przekonaniu, uzależniony to ktoś, kto ciągle chodzi pijany lub naćpany, z daleka widać, że jest alkoholikiem czy narkomanem.

– Jak ktoś w głębokim uzależnieniu jest w ciągu, to może i rzeczywiście widać z daleka. Na ogół jest tak, że ludzie bardzo wcześnie zaczynają sięgać po różne używki, wcześnie też mają zespoły odstawienia, o których nawet nie wiedzą. Bo to nie musi być „delirka z halunami”, to może przebiegać łagodniej: czegoś im brak, są rozdrażnieni, pocą się, nie mogą sobie znaleźć miejsca, są smutni. A gdy tak się czują, to nawet nie myślą, że ma to jakiś związek z uzależnieniem, tylko mówią, że mają depresję.

Nie wiedzą, że są uzależnieni?


– Z uzależnieniem związane są pewne rytuały: po pracy idę na piwo, żeby odreagować stres w pracy, albo wieczorkiem wypijam butelkę wina, bo miałem ciężki dzień, albo uprawiam seks, bo to odpręża, a na imprezie palę trawkę, bo jest super. A potem już każdy pub jest po to, żeby wypić piwo, każda impreza, żeby palić, łóżko, żeby uprawiać seks. Miałam pacjenta, który związał się z dużo młodszą kobietą. Ich związek był oparty tylko na seksie, spotykali się dwa, trzy razy w tygodniu, kochali się, spali i rano się rozstawali. Ale po roku dziewczyna odeszła. On przeżył cały zespół odstawienny, nie mając zielonego pojęcia o tym. Nazywało się to, że cierpi, bo go porzuciła kobieta. Było mu źle, był przygnębiony.

 Bardzo wiele osób ten smutek, ten brak rozpoznaje jako depresję. Idą do psychologa, bo smutek się pogłębia i otrzymują potwierdzenie – depresja reaktywna. Pacjent, który do mnie trafił, otrzymał taką diagnozę. A ja mówię: jaka depresja?! Wziąłeś sobie panienkę. Po co? Spotykaliście się tylko dla seksu! A teraz, gdy ci tego brakuje, czujesz się jak alkoholik, któremu brakuje wódki, czy narkoman, któremu brakuje narkotyków. Brakuje ci paliwa. To jest uzależnienie, a nie depresja.

Ludziom łatwiej przyznać się do depresji niż do uzależnienia?

– To wina mediów. Wszyscy mamy depresję! W tej chwili, gdy człowiek z czymś sobie nie radzi, ma jakiś problem, to oznajmia, że ma depresję. Zaburzenia zachowania, zaburzenia emocjonalne, somatyczne objawy chorób: człowieka coś boli, więc jest smutny, różne trudne sytuacje życiowe są pomylone z depresją. Bo tak jest łatwiej. Bo po co się męczyć, rozwiązywać jakieś problemy, skoro można wziąć tabletkę z serotoniną lub dopaminą i będzie lepiej. Niektórzy, gdy się naczytają o tej depresji, przychodzą do mnie po tabletkę, która przyniesie ulgę.

To chyba sprawiasz im zawód.

– Czy to jest zawód? Przede wszystkim staram się bardzo dokładnie rozpoznać wszystkie dolegliwości pacjenta, przecież jestem lekarzem. Niektórzy rzeczywiście są rozczarowani, gdy stwierdzam, że są uzależnieni, a nie w depresji. Dynamika uzależnień trochę się zmieniła. Przychodzą do mnie ludzie, którzy mają rzadkie ciągi, starają się je ukrywać, albo nie wiedzą, że są uzależnieni. Bo dopóki jeszcze jakoś się kontroluje swoje picie, narkotyki, seks, dopóki jeszcze potrafi się odejść od komputera, to się uważa, że to nie jest uzależnienie. A zespół odstawienia substancji przyjemnościowej czy sytuacji przyjemnościowej i związany z nim dyskomfort czy smutek interpretuje się jako depresję.

Objawy są bardzo podobne.


– Człowiek jest smutny, zniechęcony, nic mu się nie chce – to trochę mało jak na depresję. Ale niedoświadczony psychoterapeuta czy psycholog rozpozna zespół objawów depresyjnych z nasileniem lękowym albo dysforyczno-agresywnym. I to się podoba pacjentowi! To dobrze brzmi! A ja po rozpoznaniu mówię: nie masz żadnej depresji, jesteś po prostu leniem. „Publiczne” rozpoznawanie chorób dało carte blanche wszystkim. W tej chwili na topie jest depresja i w gabinecie zbieram tego żniwo.

 Już drugie, bo pierwsze było po książce Toksyczni rodzice. Ludzie utwierdzili się wtedy w przekonaniu, że nie ponoszą odpowiedzialności za swoje życie. Wszystko jest winą rodziców. A teraz jest moda na psychoterapię, na przypisywanie sobie różnych zaburzeń, którymi tłumaczy się to, że nic się nie chce robić, że tkwi się w bezczynności. I leniuchy się pasą na tej modzie, nie muszą rano wstać i coś zrobić z tym swoim życiem. Mam teraz napływ uzależnionych od sieci. To są młodzi, dwudziestoparoletni chłopcy. Oni oczywiście nie przychodzą dlatego, że nie radzą sobie z uzależnieniem.

Z czymś sobie jednak nie radzą, skoro szukają pomocy psychiatrycznej?

– Ale oni niczego nie szukają. „Matka suszyła głowę, że ciągle jestem na jej utrzymaniu i nic nie robię, tylko siedzę przy komputerze. Według niej to nie jest normalne i zagroziła, że jeżeli nie pójdę na leczenie, to mnie wyrzuci z domu. No to przyszedłem”. To jest wpisane w grę, którą uprawia od lat. Zawsze robi wszystko, co mama chce i dzięki temu ma wikt, opierunek i może 20 godzin dziennie grać. Uważa, że nie warto się sprzeciwiać, bo to pochłania za dużo energii i czasu, a przecież można je wykorzystać sensownie, czyli przy komputerze. Od razu też zastrzega, że nic z tego leczenia nie będzie, bo on jest mistrzem manipulacji. Tyle lat gra i jest bossem w tym swoim wirtualnym świecie i na niego nie ma mocnych. „Ja pani powiem wszystko, co pani chce usłyszeć, mam to wyćwiczone, od 10 lat manipuluję w sieci.”

Jak można leczyć kogoś, kto tego nie chce?

– Kogoś, kto nie chce się leczyć, nie można wyleczyć. Nie ma siły. Nie wiem, jak się skończy historia tego młodego człowieka. Na razie trzeba spróbować odstawić go od mamusi. I na to musi się zgodzić mamusia i synek. Rozmawialiśmy, jak to będzie wyglądać: zostanie bez utrzymania, bez dachu nad głową. Ale on się tym nie martwi: przecież jakoś to będzie, zawsze było.

Nigdy nie splamił się jakąkolwiek pracą, szkoły też nie skończył, bo żadna nie była wystarczająco dobra. Wszystko miał zawsze podstawione pod nos, żadnej odpowiedzialności w realnym świecie. Po drugie, trzeba go odstawić od komputera. Nie jest to łatwe. On się broni: jest przecież bardzo odpowiedzialnym człowiekiem, bo odpowiada za całą krainę elfów, nie może przestać grać właśnie dlatego, że jest bardzo odpowiedzialny. „A wiesz, że na chleb, który codziennie jesz, trzeba zapracować?” – pytam. Jest zdziwiony, bo przecież niemal odkąd pamięta, żyje w świecie wirtualnym. Niestety, zamiast mózgu ma już siano.

Kolejny mit mówi, że rodzaj uzależnienia zależy od płci. Wśród uzależnionych od sieci jest więcej mężczyzn, a na przykład od zakupów uzależnionych jest więcej kobiet.

– Rodzaj uzależnień nie zależy od płci. Wśród zakupoholików jest tyle samo kobiet co mężczyzn, tylko kupują co innego. Kobiety idą w łaszki, a mężczyźni w gadżety. Zakupoholizm polega na kupowaniu niepotrzebnych rzeczy. Tak jak kobiecie niepotrzebna jest siedemdziesiąta para butów, tak mężczyźnie niepotrzebna jest trzecia łódź, piąty rower, czy kolejny kołowrotek do kolejnej wędki. Prawdziwy zakupoholik nie korzysta z rzeczy kupionych, to są zakupy absurdalne. Jeżeli kupujemy coś dlatego, że tego nie mamy, to jest w porządku.

Czy to prawda, że łatwiej w uzależnienia wpadają młodzi ludzie?

– Wystarczy pójść do lumpeksów, by napatrzyć się na te zakupoholiczki – czasem bardzo wiekowe panie, które ze szklistym wzrokiem trzymają w ręce jakieś 2,50 zł i wybierają szmaty na wagę. Cały tydzień oszczędzają na jedzeniu, aby we wtorek przydreptać, bo przecież będzie nowy towar. Może nie dojeść, ale nałóg jest ważniejszy. Te ciuchy są jej niepotrzebne, ona ich nigdy nie założy. A dziadkowie-hazardziści, którzy wydają ostatnie pieniądze na totolotka? Muszą puścić chociaż jeden zakład. Szczególnie trudny i zagrażający jest czas przejścia na emeryturę. Nikt tego nie traktuje jako odstawienia. Nikt. A bardzo często uzależnieni od pracy, wcześniej niezdiagnozowani, przechodząc na emeryturę mają pełny zespół odstawienny.

Nie rozumiejąc swoich dolegliwości, wpadają w nowe uzależnienie. Miałam pacjentkę, która przeszła na emeryturę i znalazła sobie antidotum na brak pracy w Internecie. Przyprowadziły ją do mnie jej dorosłe dzieci. Okazało się, że mama wyczyściła im konta, robiąc zakupy w sklepach internetowych. Codziennie spędzała kilka godzin na aukcjach internetowych. Nie potrafiła przestać. Próbowała też dobrać się do kont sąsiadów. Bardzo miła starsza pani okradała własne dzieci! Wszystkie uzależnienia mają kłamstwo i kradzież pod skórą. To są prawdziwe kombinacje alpejskie.

Kolejne przekonanie mówi, że ludzie wykształceni, inteligentni potrafią się bronić przed uzależnieniem – są przecież oczytani, więcej wiedzą, potrafią przewidzieć konsekwencje swoich czynów, mają więcej do stracenia...

– Wszyscy mamy do stracenia to samo, niezależnie od wykształcenia, statusu społecznego czy materialnego – na szalę kładziemy swoje życie. Żadne wykształcenie nie chroni przed uzależnieniem. Wśród moich pacjentów są zarówno profesorowie, jak i ludzie po podstawówkach, tak zwani ludzie sukcesu, z pierwszych stron gazet i bezrobotni. Wszyscy oni są jednakowo uzależnieni. Czy coś ich różni? Może pycha. Profesorom, dyrektorom, prezesom trudniej się przyznać, że mają problem, dłużej się oszukują, perfidniej kłamią, bardziej kombinują, wymyślają bardziej przemyślne racjonalizacje i usprawiedliwiacze.

W powszechnym przekonaniu to uzależniony jest chory, a rodzina jest jego ofiarą. Gdy uzależniony podejmuje terapię, rodzina nareszcie może odetchnąć.

– Jest to prawda. Ale i uzależniony jest ofiarą: własnego nieradzenia sobie ze sobą. Prawdą jest też, że każde uzależnienie prowadzi do rodzinnych dramatów, jest źródłem cierpień. Ale w rodzinie uzależnionego wszyscy są chorzy – są współuzależnieni. I dopóki nie zdadzą sobie z tego sprawy, nie ułatwiają uzależnionemu terapii. Ja pracuję zawsze równolegle z rodzinami.

Ostatnio miałam taką grupę współuzależnionych. Zapytałam, co to znaczy być trzeźwym. Odpowiedziały, że to jest nienadużywanie czegoś. Dalej miały się zastanowić, od czego one są uzależnione. Ależ one nie są uzależnione, to przecież ich mężowie chleją gorzałę. To prawda, ale czy wy niczego nie nadużywacie, żadnych czynności, żadnych substancji? Zastanówcie się, bez czego nie mogłybyście żyć? Lista była długa: od władzy, kontroli, sprzątania, gotowania, zakupów, nikotyny, plotkowania... Były zaskoczone.

Bo przecież czuły się ofiarami uzależnienia męża, a nagle się okazuje, że same są uzależnione. Taka świadomość musi być szokiem.

– Czasami zdaje mi się, że żyję po to, aby ludziom uświadamiać, co to jest świr uzależnieniowy, a co to jest hobby, nawyki, zwyczaje. Na co można sobie pozwolić, a na co nie można. Przecież nie chodzi o to, żeby dążyć do jakiejś ascezy – nic mi nie wolno, ale żeby mieć świadomość swojego uzależnienia. Te kobiety współuzależnione, gdy nie mogły sprzątać, bo byliśmy w ośrodku, to sprzątały piasek na plaży. A w domu mają taki porządek, że nie uświadczysz pyłku żadnego, a w szafach wszystko w kosteczkę poukładane, najlepiej jeszcze kolorami.

Czy to jest osoba trzeźwa? Mąż żyje gorzałą, a ona żyje pilnowaniem tego porządku. I on, i ona nie żyją z nami naprawdę. Ich z nami nie ma. To są kompulsje. Ale one tak wciągają, że stają się uzależnieniami. Bo gdy ona zacznie porządkowanie szafy, to świat przestaje istnieć. To jest od niej silniejsze, działa więc jak uzależnienie. W rodzinie uzależnionego nie ma trzeźwych osób.

Ludzie uważają, że istnieje różnica między uzależnionym od alkoholu a uzależnionym na przykład od seksu czy hazardu.

– Przede wszystkim należy przestać dzielić uzależnienia na lepsze i gorsze, łatwiejsze i trudniejsze. Wszystkie te podziały są bezsensowne i są szkodliwe: narkotyki twarde i miękkie, alkohol niskoprocentowy i wysokoprocentowy. Od wszystkiego w taki sam sposób można się uzależnić. Czynności niczym się nie różnią od picia wódki. Gdy wybija godzina, to musisz usiąść do komputera i siedzisz dziesięć, dwanaście godzin; wybija godzina i idziesz do sklepu po pół litra i pijesz, wybija godzina i dzwonisz do agencji towarzyskiej, albo ruszasz w miasto. I u tego, i u tego jest przymus. Do tego prowadzi ten sam mechanizm: człowiek próbuje jakiejś substancji czy jakiejś czynności i to mu sprawia przyjemność. Dlatego sięga po to jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz... A po jakimś czasie jest już dipendens – zależność.

Najgorsze jest to, że uzależnienia nie są ujmowane w całości. Dzieli się je, różnicuje – to jest gorsze, to lepsze. Przecież hazardzista w smokingu wygląda znacznie lepiej niż zamroczony, śmierdzący alkoholik! Przecież cyberseksu nie można porównywać do narkomanii! Poza tym, jak to brzmi... Cyberseks! To takie nowoczesne, wręcz nobilitujące. Nie mówi się, że jest to zwyczajny onanizm w kąciku przy komputerze w tajemnicy przed żoną i dziećmi, który kończy się spływającą po monitorze spermą. W ten sposób trzeba o tym pisać, a nie ustrajać rzeczywistość w różne kolorowe gałganki, żeby ładnie się prezentowała. Nie ma lepszych czyli łagodniejszych uzależnień, każde ma takie same fazy i takie same skutki.

Skutki chyba jednak są inne. Przecież zakupoholik lub hazardzista nie ma delirium, jak alkoholik?

– W głębokim uzależnieniu, gdy odstawiamy substancję czy czynność, pojawia się zespół odstawienny. Taką samą delirium ma ten, kto odstawia karty, zakupy, alkohol czy seks. Taką samą – z bezsennością, omamami słuchowymi, wzrokowymi, z myślami samobójczymi. Ja to widziałam, pomagałam tym ludziom. Warto też uświadomić sobie, że rzadko się zdarza uzależnienie od jednej substancji czy jednej czynności. W swojej czterdziestoletniej karierze nie spotkałam takiego przypadku. Do mnie przychodzą prawdziwe „koktajle Mołotowa”: jak alkohol, to i papierosy, ale i seks, jak hazard, to papierosy i leki, jak zakupy, to na przykład rozmowy telefoniczne i solarium. Można mnożyć te mieszanki. Dlatego bezsensowne i szkodliwe jest różnicowanie uzależnień.

Jeżeli od wszystkiego można się uzależnić, to jak tu żyć?

– To, że od wszystkiego można się uzależnić, to prawda. Ale prawdą też jest, że nie wszyscy się uzależniają. Przecież ja nie chodzę i nie namawiam ludzi, żeby nie pili, żeby porzucili swoje komputery, żeby nie uprawiali seksu, żeby wyrzucili komórki, a kasyna omijali z daleka. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, że z życia trzeba czerpać pełnymi garściami. Tylko trzeba wiedzieć, kiedy postawić granicę.

Chcieć zauważyć ten moment – już mnie to wciąga, już nie kontroluję czasu, spędziłem przy komputerze zamiast dwóch, pięć godzin – zrozumieć niebezpieczeństwo. Jeżeli ktoś zna swój organizm, to wie, co może, a czego nie. Wie, że do pewnych rzeczy musi dorosnąć. Wie, że pewne czynności czemuś służą, że mają określone konsekwencje. Nie można hasać po tych polach tylko dlatego, że są dostępne. Bo to nie jest wolność, tylko swawola. I kończy się źle.

Bardzo często uważa się, że antidotum na uzależnienie może być hobby.


– Zamiana uzależnienia na jakieś hobby, to jest kanał. To jest związane z brakiem kontroli nad czasem. Czas ma kluczowe znaczenie, uzależnienia zabierają nam go bez reszty. Wiem to od pacjentów, którzy zdrowiejąc, są przerażeni, co zrobią z czasem. Trudno jest zagospodarować odzyskany czas. Co robić, czym się zająć? Spotkanie z tym przetraconym czasem, to jest pierwsza fala uderzeniowa. Trzeba dać jej odpór. Siadamy więc i piszemy plan. Tak jak w szkole: od 8.00 do 8.30 łazienka, od 8.30 do 9.00 śniadanie, potem dojazd do pracy, potem po kolei każdą czynność, każdą sytuację, aż do snu.

Trzeba to rozpisać, trzeba nauczyć się żyć bez uzależnienia. Żeby to zrobić, nie może być w planie wolnego czasu. Bo inaczej znowu się wpada. Oczywiście, ludzie kombinują, próbują chytrych wyjść: wolny czas na hobby. No i w myśl przysłowia Zamienił stryjek... z jednej żądzy przyjemności wchodzą w drugą żądzę przyjemności. Tłumaczą: przecież muszę coś z tego życia mieć. A tu nie ma, nie wolno, trzeba ten tort 24-godzinny wziąć pod lupę i go dokładnie, co do minuty rozpisać. Trzeba się sobie przyjrzeć: co robię, w jakich rolach występuję i to wszystko umieścić w planie. To jest prawdziwe spotkanie z czasem. Bo w uzależnieniach traci się czas i się o tym nie wie.

Miałam pacjentkę uzależnioną od rozmów przez komórkę, która powtarzała: ile czasu straciłam na rozmowie z Baśką! Ale za chwilę wystukiwała kolejny numer i gadała kolejne trzy godziny. To jest brak kontroli nad czasem. Próba odebrania jej komórki skończyła się pobiciem męża i interwencją policji. Gdy wysłano ją gdzieś do rodziny na wieś, pierwsze co zrobiła, to ukradła komórkę i gdzieś tam za chałupą ukryta wydzwaniała do kogo popadło. Przymus to przymus. To jest nie do pojęcia dla kogoś, kto się z tym nie zetknął.

Życie przecieka przez palce...

– Życie można zmarnować, ale też można je odzyskać. Gdy z takiego pulsowania żądz wpływasz do cichej zatoki i tam możesz robić z czasem wszystko, co potrzeba, możesz spojrzeć w lustro i się nie wstydzić, możesz potrzymać za rękę bliskiego ci człowieka, przytulić się. Dla uzależnionego to jest strata czasu, bo jak jest głód, to trzeba natychmiast go zaspokoić: wypić, zagrać, kupić, uprawiać seks. Nie można czekać. Trzeba sobie ulżyć. Gdy człowiek trzeźwieje – łapie kontakt z czasem, ze sobą, ze swoimi bliskimi. Odradza się, zaczyna żyć naprawdę.

Dziękuję za rozmowę.