czwartek, 26 styczeń 2012 10:05

Moja historia - to ja nie słucham

listyikonka______________Nie ma nic prostszego niż zauroczyć się, zafascynować, zakochać w kimś, potem go pokochać i po prostu z nim być. Właśnie tak naiwnie myślałam do pewnego czasu.

Stoję w Empiku, wśród morza krzyczących okładek gazet, zalewających mnie falami kolorowych niczym tęcza haseł, z których każde woła – kup mnie! – i nagle moją uwagę przyciągają czarne oczy, jakby powiedziała Joanna Krupa, hipnotyzing. Wwiercają się we mnie coraz mocniej i mocniej, aż w końcu zaintrygowana podchodzę do półki i kupuję listopadowy numer „Charakterów”.

Dzięki grafikom „Charakterów” zaczęła się moja fascynacja tym miesięcznikiem. Udało mi się nawet zdobyć kilka wcześniejszych numerów. I to właśnie w listopadowym wydaniu ukazał się artykuł pani Katarzyny Growiec „Związani na dobre”, a potem w grudniowym rozmowa na temat czułości – zmusiły mnie one do zastanowienia się nad sobą, moim partnerem i poprzednimi związkami.

Zawsze szybko się zakochiwałam, idealizowałam partnera, byłam mu oddana i wpatrzona jak w obrazek. Myślę, że duży wpływ na to, że nie umiem być sama, że potrzebuję mieć obok siebie mężczyznę, ma moje dzieciństwo i trudna relacja z ojcem, który jest alkoholikiem. Ponadto, mój pierwszy związek był na tyle toksyczny, że poświęcałam się dla człowieka totalnie pozbawionego sumienia, manipulującego mną na tyle skutecznie, że godziłam się na bycie jego „kochanką” przed dobre 5 lat. Byłam uzależniona od tego człowieka psychicznie, wyobraźcie sobie, że wówczas byłam przekonana, że mogę tak trwać do końca życia, w ukryciu, kłamstwie, tajemnicy, która zżera mnie od środka.


Potem było kilku chłopaków, w których zakochiwałam się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale równie szybko się odkochiwałam, paląc za sobą wszystkie mosty, niejednokrotnie raniąc osoby, które na to nie zasługiwały.  Od prawie roku jestem w związku z mężczyzną, który jest najlepszym człowiekiem jakiego poznałam do tej pory. Kilka dni temu, zupełnie przed przypadek, odbyliśmy fundamentalną dla naszej relacji, przynajmniej z mojego punktu widzenia, rozmowę.

Otóż zawsze zarzucałam mojemu mężczyźnie, że nie jest empatyczny, czytałam mu artykuł pani Growiec, prawie krzycząc „widzisz, ty nie masz zdolności decentracji, nie zastanawiasz się, jak ja to widzę”. Aż tu nagle pewnego wieczora okazuje się, że to ja nie słucham, że stoję obok zamiast być w środku związku, że nie wspieram, że nie jestem aktywna, nie doradzam, że mój partner tak naprawdę czuje się samotny. Od razu wróciłam do tego artykułu, przeczytałam jeszcze raz, od deski do deski, w pełnym skupieniu, analizując każde zdanie. Zaczęłam zastanawiać się nad sobą, wygrzebałam numer grudniowy „Charakterów”, wróciłam do rozmowy pani Doroty Krzemionki z państwem Marią i Piotrem Fijewskimi na temat czułości. I co odkryłam? To, że duży problem w utrzymaniu pozytywnej relacji z partnerem tkwi we mnie. Nawet w obecnym związku miałam na początku duże opory przed otwarciem się, byciem czułą, szczerą, wspierającą. Częściej wstydziłam się, ze palnę głupotę, zbłaźnię się niż byłam sobą. Sprawy mojego mężczyzny pozostawiałam jemu, mało uwagi im poświęcałam, nawet gdy prosił mnie o radę odpowiadałam, że przecież ja się na tym nie znam, nie wiem, „jeszcze źle ci doradzę”, bałam się konfrontacji zdań, wolałam przytakiwać i uchodzić za, tak mi się wtedy wydawało, idealną dziewczynę, która na wszystko się zgadza, nie robi problemów, nie kłóci się, nie wtrąca. A byłam odwrotnością idealnej partnerki. Teraz o tym wiem, nie ma nic gorszego, a może i lepszego, niż nagłe uświadomienie sobie – kurcze, nie jestem taka, jaka się sobie wydawałam, on postrzega mnie zupełnie inaczej, muszę coś z tym zrobić.

Dzięki artykułom w Waszym piśmie i dzięki szczerej rozmowie z moim partnerem otworzyłam oczy i wiem, że mam problem, który ciągnie się za mną już bardzo długo. I choć nie mówicie w przytoczonych przeze mnie artykułach o alkoholizmie rodziców i jego  wpływie na dzieci, to pokrętną i pełną zasadzek drogą doszłam do tego, że wcale nie jestem tak empatyczna, jak mi się wydawało, ani tak czuła, jak zakładałam, a już w ogóle rozumiejąca i wspierająca i myślę, że pewna część winy leży po stronie  mojego ojca.  

Właśnie planuję zapisać się na terapię dla DDA. Dzięki Wam zaczynam coraz lepiej rozumieć siebie i powoli burzę mit, którym obrosłam sama w swoich oczach, bo nikt inny tego mitu nie dostrzegał tylko ja.

Magdalena

Historia nadesłana na konkurs „Charakterów” – Moja historia z Charakterami