środa, 01 grudzień 2010 09:17

Nie czynię dobra, które chcę...

Radość, wypoczynek, zabawa – owszem, ale koniecznie z alkoholem. Tak jest przecież łatwiej, przyjemniej. Niepokój, frustracja, zmartwienie, lęk, poczucie winy, wstyd, niepewność. I znów butelka, która ma być lekarstwem. Sytuacja, w której alkohol jest jedynym sposobem, aby pomagać swemu wrażliwemu i nieporadnemu „ja”, prowadzi prosto do alkoholizmu.

Polskie media niemal każdego dnia donoszą o szokujących alkoholowych ekscesach. Raz o noworodku z promilami we krwi, innym razem o siedmiolatku w izbie wytrzeźwień, o lekarce przyjmującej pacjentów „na chuchu”, zakonnicy taranującej po pijanemu autem czyjś płot, o pijackiej burdzie któregoś z naszych posłów czy zapitych na śmierć kierowcach TIR-ów.


Od lat wielki wstyd przynosi Polsce najwyższa w Europie statystyka pijaństwa kierowców, wśród których za rekordzistę uznałabym pewnego pacjenta ośrodka terapii uzależnień w warszawskim Instytucie Psychiatrii: zanim przyszedł w ubiegłym roku na leczenie, miał 26 razy zatrzymywane prawo jazdy za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Szkody materialne wynikające z nadużywania alkoholu są trudne do obliczenia, choć bez wątpienia niebotyczne. Trzeba przeciez wliczyć do nich choćby koszty leczenia chorób i urazów, do których przyczynia się nadmierne picie. Ze wszystkich znanych patologii, najwięcej szkód – zdrowotnych, materialnych, ekonomicznych, moralnych – powoduje w Polsce nadużywanie alkoholu

Polska rodzina, to w przerażająco dużej liczbie poligon alkoholowych nadużyć, przemocy, trwonienia pieniędzy i innych nieodpowiedzialnych zachowań powodowanych przez powszechnie tolerowane alkoholizowanie się starych i młodych, kobiet i mężczyzn, bogatych i biednych, mieszczuchów i wieśniaków.

Nawet święty zagrożony

Panująca powszechnie opinia jakoby alkoholizm (jak zresztą i inne uzależnienia) był rezultatem złego charakteru lub amoralnej natury, jest nieprawdziwa. Od alkoholu może się uzależnić nawet święty. Niech tylko będzie dość wrażliwy emocjonalnie, niech od dziecka widzi wokół siebie pijących ludzi, a alkohol niech będzie łatwo dostępnym i aprobowanym przez otoczenie akcentem zarówno w radosnych, jak i smutnych sytuacjach... A na dodatek niech ten święty nie zostanie dobrze nauczony, jak łagodzić i uspokajać niepokoje, frustracje, zmartwienia, lęki, poczucie winy, wstydu lub niepewności... No i niech jeszcze jego dom (i szkoła) zaszczepi mu przekonanie, że choć może i święty, to jest raczej do niczego, a w każdym razie jest gorszy niż być powinien... Niech te warunki się spełnią i mamy gotowego kandydata na alkoholika. Na razie kandydata. Alkoholikiem zostanie, jeżeli alkohol zacznie mu skutecznie pomagać na jego wrażliwe i nieporadne „ja”.



Istoty alkoholizmu należy doszukiwać się w dwóch faktach. Jednym jest niemal natychmiastowe działanie alkoholu na mózg, dające efekt „leczniczy” – uśmierzający, odwracający uwagę od bólu i trosk, dodający fałszywej mocy i animuszu. Drugim jest odpowiedni (a raczej nieodpowiedni) grunt emocjonalno-osobowościowy, który można scharakteryzować jako niedojrzałość osoby, polegającą na niewystarczającej umiejętności rozwiązywania problemów oraz niesprawności w radzeniu sobie ze sobą, z innymi ludźmi i ogólnie – z problemami życiowymi.

Ten niefortunny zbiór cech osobowych stanowi pożywkę dla rozwoju uzależnienia. Jeżeli taka niedojrzała osoba nie natrafi na alkohol, to będzie szukać innego „lekarstwa” na swoje problemy. Ktoś posmakuje rozładowania napięć lub złości czy rozpaczy przez seks; inny spróbuje haju adrenalinowego w kasynie lub w grach komputerowych; inni znów odkryją pocieszające działanie jedzenia, kupowania sobie przedmiotów albo zawierania pozornych internetowych przyjaźni. Przedstawiciel młodszego pokolenia może wpaść w narkomanię, a starszego w lekomanię.

Z kiszonego świeżego nie będzie

W placówkach leczenia alkoholików spotykamy dziś coraz rzadziej „czystych” alkoholików. U wielu rozpoznajemy jednoczesne lub zamienne współwystępowanie innych nałogowych sposobów regulowania emocji. To oczywiście utrudnia późniejsze zdrowienie, bo pod maską sposobów zaradczych na jedno uzależnienie łatwo skrywają się inne uzależnione zachowania. Mecenas, lat 43, przestał pić po terapii w Instytucie. Teraz, dwa lata później, szuka znów pomocy, tym razem z powodu przetrwonienia nie swoich pieniędzy na gry hazardowe i wiszącej nad nim groźby prokuratorskiej. Inna pacjentka Instytutu, Zuzanna, lat 32, nie pije już cztery lata, ale chodzi do psychologa z powodu nękających ją nadal napadów żarłoczności, zakupowych maratonów w centrach handlowych i notorycznego zakochiwania się w agresywnych facetach.

Oczywiście, nie każdy szkodliwy nawyk da się zdiagnozować w ścisłych klinicznych kategoriach jako uzależnienie. Większości jednak można się wyzbyć według metody stosowanej obecnie w leczeniu uzależnień. Najpierw przestań zatem zaprzeczać, by móc dokładnie rozpoznać i nazwać swój problem. Następnie uznaj swoją bezsilność wobec dotychczas niemożliwych do odparcia pokus. Potem – najlepiej z pomocą innych osób, które są o krok dalej w radzeniu sobie z tym problemem – ucz się sposobów zaradczych na wszelkie sytuacje wyzwalające potrzebę nawykowej ucieczki od problemów emocjonalnych.

Dalej sprawa jest już prosta: ćwicz nowe umiejętności dotąd, aż staną się „drugą naturą”, czyli przejmą prymat nad dawnymi, nałogowymi zachowaniami. I wreszcie – last but not least – pamiętaj o swym problemie nawet po latach, bo licho nie śpi. Jak mówią Anonimowi Alkoholicy: z kiszonego ogórka nie zrobisz świeżego. Dobrze to wiedzą m.in. palacze, którym zdarza się wrócić do nałogu po długiej przerwie, jak również rzeczeni alkoholicy, przerywający niekiedy wieloletnią abstynencję kolejnym ciągiem. Nawrót choroby może się stać ostatecznym otrzeźwiającym wstrząsem, ale może wciągnąć z powrotem w nałogowe, coraz brzydsze pijaństwo.

Uzależnienie jest zjawiskiem dynamicznym i indywidualnym. Proces formowania się uzależnienia jest trudny do rozpoznania, zwłaszcza na początku. U niektórych osób dochodzi z czasem do fazy tak zaawansowanej, że sam delikwent nie może ani ocenić problemu, ani go powstrzymać. U innych natomiast mimo długotrwałych i ryzykownych zachowań działa jakiś system automonitoringu, pozwalający w pewnym momencie cofnąć destrukcyjny proces i wyhamować nasilanie się uzależnionych zachowań.

Na to właśnie liczą wszyscy uzależnieni, twierdząc, że „jak zechcą, to przestaną” i „sami sobie poradzą”. Dlatego u wielu uzależnionych proces trwa tak długo, że potem nie sposób naprawić wielu nieodwracalnych szkód. No i dlatego również tak ważne byłoby jak najwcześniejsze rozpoznanie i powstrzymanie tego „zjazdu po równi pochyłej” – niezależnie od tego, czy by się kiedyś udało, czy nie, samodzielnie zatrzymać narastający problem.



Zmieniać siebie, a nie świat

Większość znanych mi pacjentów zaczęła pić przed pełnoletnością; wśród pacjentek w średnim wieku zdarzają się takie, które osiągnęły zaawansowaną fazę choroby alkoholowej po zaledwie kilku miesiącach picia. Nawet po skutecznym zaprzestaniu picia, niektórych alkohol będzie wabił i nęcił do końca życia. Ale nie wszystkich. Mam w rodzinie kogoś, kto dzięki terapii i Dwunastu Krokom AA przestał pić ponad 24 lata temu. Z wyjątkiem pierwszych paru lat, nigdy potem nie wzbudzały u niego pokusy picia ani reklamy alkoholu, ani sklepy monopolowe, ani ogródki piwne, ani bar na przyjęciu. Swojej wiekowej matce osoba ta przywoziła z podróży jej ulubioną zagraniczną nalewkę i – zgodnie z filozofią Anonimowych Alkoholików – stosuje zasadę, że w imię swojej trzeźwości alkoholik ma zmieniać siebie, a nie świat.

Zmiana osobista zapoczątkowana w procesie terapii i kontynuowana w dalszym zdrowieniu, powinna doprowadzić do akceptacji uzależnienia (w odróżnieniu od pierwszego kroku na drodze do wyzwolenia z nałogu, określanego w AA jako przyznanie utraty kontroli nad alkoholem). Gdy stan ten zostanie osiągnięty, alkoholik przestanie cierpieć z powodu żalu po stracie alkoholu i dawnego pijackiego stylu życia. Szczęściarze, którzy potrafią bez wpadek owo „przyznanie” przemienić w „akceptację”, całkowicie i na zawsze wyzbywają się chęci picia. Dzięki temu całą uwolnioną energię – umysłową, fizyczną, psychiczną, emocjonalną i duchową – mogą obracać na pożytek dla siebie i innych.

Zauważmy jednak, że charaktery i osobowości wielu pięknie trzeźwiejących ludzi wraz z ich najróżniejszymi przywarami, wadami i słabościami, wcale nie muszą czynić z nich aniołów. Komu z nich uda się na trzeźwo swój rozwój osobisty nastawić na bogactwo duchowe, humanizm i kulturę, to już jest inna kwestia. Niektórym nie udaje się. To o nich mówią w AA, że „gdy pijany s...syn wytrzeźwieje, to staje się co najwyżej trzeźwym s...synem”.

W końcu niedojrzałość życiowa, drażliwość emocjonalna, uszkodzone ego, poczucie wyjątkowości i zakompleksiona natura, a więc cechy, które gdzieś w początkach flirtu z alkoholem stworzyły podatny grunt dla zakorzenienia się nałogu, z chwilą powstrzymania picia nie znikną. Nie przemienią się automatycznie w dojrzałość, odporność emocjonalną, mocne poczucie wartości, jednakowy szacunek dla siebie i dla innych ludzi. Ambitne programy terapii uzależnień stawiają sobie właśnie za cel – poza samym powstrzymaniem uzależnienia – coś w rodzaju naprawy charakteru przez ucywilizowanie systemu wartości i zwiększenie odpowiedzialności przede wszystkim w relacjach z innymi ludźmi.

Od bólu do przyjemności

Nie ma jakiegoś szczególnego typu osobowości, który byłby bardziej podatny na uzależnienie. Właściwie każdy ma potencjalne predyspozycje, żeby wpaść w jakiś nałóg, jeżeli wspomniana już nieodporność emocjonalna nałoży się na niedojrzałość życiową i poczucie małej wartości, połączone z pewnymi zewnętrznymi uwarunkowaniami.



Rozpoznanie problemu alkoholowego może się odbywać na dwóch poziomach. Pierwszy, „zewnętrzny”, jest związany z klinicznym zdiagnozowaniem objawów uzależnienia według kategorii ICD-10 (choć zwykle uzależnienie można rozpoznać „na oko”). Drugi poziom, to rozpoznanie swego problemu niejako „od środka”, z perspektywy człowieka znajdującego się w trakcie nasilającego się uzależnienia. Niestety, graniczy to z niemożliwością.

Utrudniają to nasze mechanizmy obronne, nasz umysł, który pracuje niezwykle aktywnie, aby tłumaczyć nasze zachowania w sposób pozwalający zachować dalszą możliwość picia (lub jakiegokolwiek innego nałogowego sposobu pogoni za ulgą czy przyjemnością). Szczególnie trudne jest przebicie się przez pancerz racjonalizacji i zaprzeczeń w początkach uzależnienia, wtedy, gdy negatywne skutki picia można stosunkowo łatwo zminimalizować, gdy szkody spowodowane przez alkohol nie są jeszcze ewidentne. Z czasem jednak – jeżeli po drodze nic nie powstrzyma procesu – uzależnienie wchodzi w kolejne fazy, doprowadzając aż do najbardziej widocznych i najbardziej destrukcyjnych skutków.

W każdym z nas drzemie skłonność do uciekania OD bólu i cierpienia oraz podążania DO przyjemności i ulgi. Ta skłonność wynika z naszej biologicznej struktury. Nawiązują do tego słowa apostoła Pawła, który wykrzykuje swe bezsilne zmaganie: „Nie rozumiem tego, co czynię, bo nie czynię tego co chcę, ale to, czego nienawidzę (...) Bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę.” [Rz 7, 15-19]

Przecież to są niemal identyczne słowa, które tysiące żon słyszy po pijackim ciągu mężów alkoholików. Tysiące matek słyszy je mniej lub bardziej dosłownie od swoich córek i synów, którzy wpadli w narkomanię. I my, terapeuci, słyszymy podobne słowa od pacjentów, którzy, odrobinę przetrzeźwiawszy, nie pojmują, jak to się stało, że sami podeptali święte wartości rodziny, zdrowia, pracy, przyjaźni i miłości. Podeptali je, choć nigdy nie przestali w nie wierzyć.

Św. Paweł musiał snadź przeżywać podobny dylemat. Tak jak my wszyscy. Tylko niektórzy, oprócz zmagania ze sobą, stają nagle przed przeszkodą nie do pokonania mocą własnej woli. Tą przeszkodą bywa alkohol, zażywany środek chemiczny czy inne przyzwyczajenie, które rujnuje i przestawia na niezdrową kompulsję chemię organizmu. Tych ludzi właśnie nazywamy „uzależnionymi”.

Inni natomiast to tacy sami ludzie. Tyle, że potrafili wyławiać początkowe objawy „syndromu św. Pawła” i szybko wyeliminować ze swego życia ich źródła. Choć czasem wcale nie trzeba ich likwidować, wystarczy przekuć je na coś dobrego, pożytecznego. Ludzie, którzy potrafią to zrobić, zwykle stają się znanymi pasjonatami, poświęcającymi wiele dla pracy lub twórczości, ekstremalnymi sportowcami, niedbającymi o konwenanse artystami, ekscentrykami czy zagorzałymi społecznikami w typie matki Teresy.

Tacy ludzie, trochę jak narkoman czy alkoholik, potrafią wszak zatracić umiar, ryzykować zdrowiem i życiem, zaniedbać obowiązki rodzinne, wszystko poświęcić pasji. A jednak wielcy pasjonaci, choć niektórzy młodo się wypalają lub tracą życie, zajmują wysokie miejsce w społeczeństwie, zaś alkoholicy czy narkomani – nie.

Punkt zwrotny

Niedawno poproszona zostałam o doradzenie sposobu interwencji wobec wyjątkowo skomplikowanego przypadku. Chodzi o osobę dość znaną, przynajmniej z pierwszych stron tabloidów. Mężczyzna ten od dawna nadmiernie pije. Na dodatek dał się już poznać z agresywnych reakcji wobec każdego, kto podaruje mu książkę o alkoholizmie albo bodaj wspomni o jego piciu. Razem z nim zaczęła popijać także jego żona oraz najstarsze, pełnoletnie dziecko.

Młodsze od pewnego czasu sprawia w szkole sporo kłopotów wychowawcom i innym uczniom, ale podczas próby rozmowy z rodzicami na ten temat, wychowawczyni została ordynarnie zbesztana. I jak na razie sprawa zakończyła się obarczeniem złej szkoły odpowiedzialnością za szkolne problemy.

Rodzina ta, zgodnie ze schematem klasycznego współuzależnienia, stopniowo odizolowała się od krewnych i znajomych, którzy próbowali rozmawiać, zwracać uwagę i oferować pomoc.



 Pech chce, że ten alkoholik nie ma szefa, który mógłby użyć swego autorytetu i wymusić chociażby konsultację specjalistyczną. A lekarze zajmujący się sporadycznie zdrowiem członków tej rodziny nigdy nawet nie wspomnieli o możliwości zaistnienia związku pomiędzy dolegliwościami a nadmiernym piciem. Mamy więc, wcale nierzadką u nas, sytuację bez wyjścia. Przynajmniej do czasu, aż dojdzie do jakiegoś kryzysu, który wywoła wstrząs i ewentualnie zapoczątkuje zmianę.

Z reguły jest tak, że na długo zanim sama uzależniona osoba odczuje na własnej skórze przykre konsekwencje swego nałogu, najpierw zaczynają się martwić bliscy. Zwykle jednak z tego martwienia nic nie wynika. To m.in. dlatego, że my, Polacy, traktujemy martwienie się jako należną nam porcję kary za grzechy, jako wręcz łaskę Bożą, przejawiającą się w przydzielaniu każdemu odpowiednio ciężkiego „krzyża”. Więc rodzina się martwi, a alkoholik pije.

Inaczej jest jednak, gdy pijący w swym najbliższym otoczeniu natrafi na złośnika. Bo złośnik nie tak bardzo martwi się o pijaka, jak o siebie. Dlatego prędzej potrafi zdobyć się na stanowczość. Postawić warunki. A przede wszystkim wyegzekwować je, powodując niemiłe konsekwencje dla osoby uzależnionej. Gdy tak się stanie, alkoholik nie może już zaprzeczać, że ma problem. I choć nie zawsze od razu decyduje się na leczenie, to komfort picia traci. A przekroczenie tego punktu zwrotnego sprawia, że alkoholik może znaleźć się na drodze prowadzącej gdzieś w dalszej perspektywie do wyjścia z nałogu.

Kręta droga do trzeźwości

Droga do wyjścia z nałogu bywa wyboista i kręta, pełna zasadzek i łatwo wiodąca na manowce. Skutecznie trzeźwieją na ogół ci, których abstynenckiemu stylowi życia sprzyja nie tylko uświadomienie sobie i pamiętanie szkód alkoholowych, ale przede wszystkim trzeźwe otoczenie. Wyrwanie się z pułapki uzależnienia możliwe jest zawsze, ale łatwiejsze jest, gdy inni wspierają i towarzyszą staraniom nastawionym na zmianę.

Prawie niemożliwe staje się wyjście z jakogokolwiek nałogu, gdy samemu nie ma się przekonania i motywacji do zmiany, a otoczenie stwarza pokusy i narzuca system wartości sprzeczny z zamiarem zdrowego życia. Niestety, ten drugi czynnik występuje u nas dość często. Nieraz słyszałam wszak profesorów psychiatrii i psychologii mówiących: „Zupełnie przestać pić? Do końca życia? To przecież nieludzkie!” Cóż więc dziwnego, że wielu alkoholików nawet po intensywnej terapii, też tak uważa?

Co więcej, taka opinia autorytetów, połączona z własnym przywiązaniem do alkoholowego stylu życia wystarczy, by wielu nadmiernie pijących nigdy nie podjęło próby zerwania z pijaństwem czy zmierzenia się ze związaną z tym presją otoczenia. Tak się właśnie dzieje we wspomnianej rodzinie. Nie ma ona już kontaktów z nikim naprawdę życzliwym. Wszyscy znajomi zostali „skreśleni” jako wrogowie.

Teraz można jedynie liczyć na „służby”: może na policję – jeżeli doszłoby do słyszanej z zewnątrz awantury; może na komisję ds. rozwiązywania problemów alkoholowych, jeżeli np. nauczyciel lub sąsiedzi zdecydują się złożyć skargę w związku z ewidentnymi zaniedbaniami wobec dzieci; a może trafi się po drodze jakiś lekarz, który zaniepokoi się piciem w tej rodzinie. Jeżeli to nie nastąpi, ojciec i matka rozpijać się będą nadal, a razem z nimi (lub przeciw nim) niechybnie dotknięte chorobą alkoholową i syndromem DDA dzieci.

Wiktor Osiatyński w książce pt. Alkoholizm: i grzech, i choroba, i... pisze m.in.: „Epidemia uzależnień nie oznacza, iż wszyscy ludzie są ‚chorzy’. Może ‚chora’ jest współczesna cywilizacja, której brak poczucia wspólnoty, samodyscypliny, odpowiedzialności i ładu.”



Rzeczywiście: choć leczenie uzależnień, szczególnie alkoholizmu, podnieśliśmy w Polsce na wysoki poziom, to nie udało się nam podwyższyć poziomu świadomości społecznej, wpoić nietolerancji dla pijackich zachowań i stworzyć odpowiedniego systemu interwencji, tak by nikt nie mógł w nieskończoność niszczyć swego życia, a przy okazji życia najbliższych. U nas wciąż „nie wypada” mówić głośno o czyimś pijaństwie.

Za „wtrącanie się w nie swoje sprawy” uchodzą próby wyciągania ręki z pomocą. Kto śmie mieć jakieś uwagi na temat picia w „dobrych” rodzinach, gdzie butelka nie znika ze stołu, słyszy najczęściej: „To ty idź do psychologa. Masz jakąś obsesję, wszędzie widzisz alkoholików!”. Osoby takie faktycznie czasem przychodzą do psychologa i co się okazuje? Owszem, mają obsesję, wszędzie widzą alkoholików, ale nic dziwnego, ponieważ trudno ich nie widzieć komuś, kto wie, na co zwracać uwagę. Zwłaszcza że jest ich wokół nas tak wielu.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska jest doktorem psychologii, od lat zajmuje się leczeniem uzależnień jako psychoterapeutka w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Jej dziełem jest rozpowszechnienie w Polsce leczenia według tzw. modelu Minnesota, opartego na filozofii Anonimowych Alkoholików. Autorka książek, m.in: Zaproszenie do życia, Podnieś głowę, W zgodzie ze sobą, Początek drogi, Aby wybaczyć, Wyzdrowieć z uzależnienia, Sekrety kobiet.

Ewa Woydyłło