środa, 01 grudzień 2010 11:59

W cieniu ojca

Wychowałam się w Australii, więc pisanie po polsku przychodzi mi z lekkim trudem, ale spróbuję wyrażać się w miarę sensownie. Nie pamiętam momentu, w którym uświadomiłam sobie bądź mnie uświadomiono, że mój ojciec jest alkoholikiem. Pamiętam, że zawsze go nie było. Albo wyjeżdżał w trasę koncertową, albo zamykał się w swoim pokoju, żeby „pisać”. Pamiętam lęk trwający do dzisiaj, że nigdy nie sprostam jego oczekiwaniom, że cokolwiek bym zrobiła, to zawsze będzie za mało. Miałam być genialną córką, utalentowaną, pracowitą. Dopóki ojca nie było, jakoś mi to szło, ale zaczęło się sypać po przeprowadzce do Australii. Miałam siedem lat i przez jakiś czas ojciec był na co dzień. Agresja, sadyzm, złośliwość, wszystko – kiedy Mama nie patrzyła (Mama jest świętą kobietą, pełną miłości, próbowała mi zastąpić miłość ojca nadmiarem swojej miłości). Ojciec wrócił do Polski, a ja popadłam w różne, jak by to ująć, paranoje.



Kradłam, kłamałam, zmyślałam, jeździłam samochodem bez prawa jazdy, miałam nadwagę, potem popadłam w anoreksję. Chodzenie do szkoły było dla mnie niemożliwe, w jednym roku szkolnym potrafiłam opuścić nawet 90 dni; udawałam przed Matką, że jestem chora, a ona pozwalała mi zostać w domu. Za tym ciągłym opuszczaniem szkoły przyszły trójki, dwóje. Zawsze byłam dobrą uczennicą, same piątki bez starania, ale w pewnym momencie nie sposób nadrobić zaległości. I kompletny lęk.

Bałam się chodzić do szkoły, bo bałam się walczyć ze stopniami. Tak mam do dzisiaj: boję się uczyć do egzaminu, bo boję się, że nie zdam i przekonam się, że jestem do niczego. Ojciec zmarł w 2004 r., a dla mnie życie stało się sztuką teatralną. Wymyślałam sobie role, kłamałam, mówiłam, że mam raka, cukrzycę. Między 15. a 17. rokiem życia próbowałam popełnić samobójstwo chyba cztery razy, nie udawało mi się, bo kolega mnie zawsze ratował. (...) Nudziłam się.

W zeszłym roku przyjechałam do Polski, spaliłam wszystkie możliwości w Australii, na studia tam nie wrócę, do pracy tym bardziej. Tutaj zastałam ojca... albo i jego pamięć, i zaczęłam się mścić, najpierw na jego pamięci (był osobą publiczną, ikoną polskiej kultury, byłam, jestem zła, że ja musiałam go znać inaczej). Ale zanim do tego doszło, zaczęłam się mścić na sobie. Zakochałam się po raz pierwszy w mężczyźnie, który od 6 lat był w chorym związku, czekałam na niego prawie rok, nareszcie zakończył swój związek i jesteśmy razem.

Ale zanim do tego doszło, kilkakrotnie uciekał ode mnie, traktował mnie jak kochankę: kochance się nie mówi, że się ją kocha, nie obiecuje się jej związku. W sierpniu zdradziłam go po raz pierwszy, widziałam się z nim średnio raz w miesiącu i brakowało mi jego bliskości, więc znalazłam bliskość u jego przyjaciela. Zakochałam się w poczuciu bezpieczeństwa. Ale i on mnie nie chciał, sam leczył złamane serce, i odesłał mnie po jakimś czasie. Jeździłam do niego, panicznie wystraszona, że tracę grunt pod nogami.

Rozstaliśmy się z Pawłem, potem wróciliśmy do siebie i znów to samo. W styczniu znalazł się ktoś inny, w kwietniu powiedziałam o tym Pawłowi. I znów przez długi czas nie potrafiłam go nie okłamywać – powiedziałam, że skończyłam tamten związek, temu drugiemu mówiłam to samo. Mściłam się na wszystkich dookoła, a najbardziej zraniłam siebie, bo chyba do tego przywykłam. Teraz ja mam swój nałóg: ranienie ludzi.

Patrycja



kucinska_marzennaMarzenna Kucińska jest psychologiem, psychoterapeutą, specjalizuje się w psychoterapii poznawczo-behawioralnej. Pracuje w Instytucie Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, gdzie m.in. prowadzi treningi dla Dorosłych Dzieci Alkoholików.




Droga Patrycjo,

W Twoim liście jest dużo cierpienia i zagubienia. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością, a cień ojca nadal wydaje się obecny w Twoich relacjach z ludźmi. Spróbuję wyciągnąć kilka nitek z tego kłębowiska, z nadzieją, że może będzie Ci nieco łatwiej zrozumieć siebie. Piszesz „zawsze go nie było”. Dziecko radzi sobie z nieobecnością rodzica, budując jego obraz na skrawkach informacji, które posiada. Nie wiem, jaki obraz zbudowała Twoja dziecięca wyobraźnia, ale dzieci zwykle idealizują rodziców. Nasi rodzice są naj: najlepsi, najpiękniejsi, najmądrzejsi, najsilniejsi...

Widzenie dziecka dobrze pasuje do rozszczepionego widzenia siebie przez alkoholika. Postrzega on siebie w przeciwstawnych kategoriach: po alkoholu czuje się silny, twórczy itp., a „na kacu” myśli o sobie jako kimś przegranym, niedorastającym do ideału, jakim chciałby być. Tymczasem uwielbiająca go mała córeczka postrzega go jako idealnego. A idealny tata musi mieć idealną córeczkę... Tak pojawiają się nierealistyczne wymagania, tym silniejsze, im mniej kontaktu ma dziecko z realnym ojcem.

Niestety, córeczka dorasta i już trudniej ją oczarowywać. Zaczyna potrzebować realnego kontaktu. W tym tata alkoholik się nie wyrabia, nie potrafi się zatroszczyć o prawdziwe potrzeby dziecka. Irytuje się i niecierpliwi, że ktoś zawraca mu głowę. Nie wątpię, że Cię zranił. Jego, jak to określasz, „agresja, sadyzm, złośliwość”, gdy akurat był obecny, musiała boleć, tym bardziej że był dla Ciebie kimś ważnym. Alkoholik radzi sobie z rozszczepionym obrazem samego siebie poprzez przerzucanie złego obrazu siebie na innych: „Ja jestem porządnym człowiekiem, to inni są odpowiedzialni za całe zło”. Alkoholik nie chce widzieć, że sam się pogrąża, topi swoje życie w alkoholu, a za wszystko obwinia innych. I tak, ukochane dziecko z aniołka może zmienić się w czarną owcę, odpowiedzialną za nieudane życie ojca.

Nie wiem Patrycjo, czy tak było w Twoim przypadku, ale Twoje nastoletnie zachowania bardzo pasują do tych DDA (dorosłych dzieci alkoholików), które w rodzinach pełniły rolę kozłów ofiarnych. Takie dziecko otrzymuje uwagę, kiedy zachowuje się źle, kiedy pozwala rodzinie wyrazić złość, bezradność czy lęki w ataku na siebie, które zwykle samo prowokuje. Z tego, co piszesz, Twoja mama była „świętą kobietą”, a rolę bohatera – czy może idola – zarezerwowano zdaje się dla ojca. A Twoją rolą w rodzinie była rola buntownika, burzyciela pomników i wizerunków.

Rola kozła ofiarnego, który – choć niewinny – ma unieść odpowiedzialność za winy innych. Podobnie jak Twój ojciec, przeniosłaś swoje wewnętrzne walki w szerszy wymiar: walka z pamięcią o nim, z mitem, który wokół niego zbudowano. I z samą sobą, bo jesteś zaprzeczeniem idealnego wizerunku, bo jesteś realnością. Możesz mścić się na sobie, kontynuując dzieło swego ojca. Albo na bliskich, raniąc ich.

Ale z tego co piszesz wynika, że potrafisz także przyciągać do siebie ludzi, którzy Cię wspierają. To niesamowity potencjał i zasób. Bo pomimo tego wszystkiego, co Cię spotkało i w co się pakowałaś – żyjesz. Jakaś cząstka Ciebie jest na tyle zdrowa i mocna, że pozwala innym, by Cię ratowali. Jeśli uda Ci się wykorzystać swoje siły, by uleczyć zranione emocje, staniesz się takim człowiekiem, jakim zechcesz. Proponowałabym jednak, abyś spróbowała skorzystać z terapii, bo kolejne trudne związki mogą Cię jeszcze bardziej poranić. Rozstań się z duchem ojca, z takim traktowaniem siebie i innych, jakiego Cię nauczył. Na chwilę zajmij się sobą, swoimi emocjami, swoim życiem. Potem przyjdzie czas na relacje z ludźmi i porządkowanie wspomnień po ojcu. I oddzielenie „ikony polskiej kultury” od realnego człowieka, jakim był w kontaktach z Tobą, i od ojca, za którym tęskniłaś, choć on do tego ideału nigdy nie dorósł.

Powodzenia, Patrycjo.