piątek, 03 grudzień 2010 15:03

Szklana pułapka półpancerna

Uzależnienie to choroba fazowa. Człowiek się rodzi w jakimś konkretnym środowisku, i ta genetyka jest oczywiście ważna jako potencjalna predyspozycja. Następnie coś tam ćwiczy – jeden picie, drugi hazard, trzeci dragi. Jeden dłużej, inny krócej. W końcu dochodzi do ciągu. Jest ciąg, np. opilczy, potem jest zespół odstawienia, bo musi być. Potem jest chwila ciszy, potem jest ciąg, zespół odstawienia, chwila ciszy, ciąg, zespół odstawienia, chwila ciszy itd. Chciałam zobaczyć, co się dzieje z uzależnionymi i współuzależnionymi w tych trzech fazach – mówi Lubomira Szawdyn, lekarz psychiatra zajmująca się psychoterapią uzależnień.

Co ty tu robisz? – spytał Pijaka, którego zastał siedzącego w milczeniu przed baterią butelek pełnych i baterią butelek pustych. – Piję – odpowiedział ponuro Pijak. – Dlaczego pijesz? – spytał Mały Książę. – Aby zapomnieć – odpowiedział Pijak. – O czym zapomnieć? – zaniepokoił się Mały Książę, który już zaczął mu współczuć. – Aby zapomnieć, że się wstydzę – stwierdził Pijak, schylając głowę. – Czego się wstydzisz? – dopytywał się Mały Książę, chcąc mu pomóc. – Wstydzę się, że piję – zakończył Pijak rozmowę i pogrążył się w milczeniu...”

Powyższy cytat z Małego Księcia Antoine’a Saint-Exupéry pokazuje sytuację bez wyjścia, w jaką wpada każdy uzależniony. Ale najpierw jest przyjemność. Wszak kieliszek wina, dobry papieros, drobna wygrana w kasynie czy zakup nowego ciuszka umila nam życie, rozluźnia, pozwala zapomnieć o codzienności i stresie. Dążenie do łagodzenia cierpienia i wywoływania uczucia przyjemności jest jednym z podstawowych mechanizmów rządzących życiem każdego człowieka. Dlatego też tak chętnie sięgamy po substancje zapewniające tę przyjemność. Sięgamy coraz częściej, bo przecież nic niestosownego nie widzimy w tym, aby – choć na moment – doznać uczucia przyjemności. W poszukiwaniu przyjemności nie dostrzegamy granicy, po przekroczeniu której zwykła czynność sprawiająca nam przyjemność staje się uzależnieniem. Nie wiemy zazwyczaj, kiedy i jak to się stało, że kieliszek wina, niewinny, zapewniający relaks, zamienia się w codzienny przymus picia, bez którego obyć się nie sposób, przez który sami cierpimy i cierpią także inni. I – tak jak w przypadku Pijaka z Małego Księcia – pozostaje wstyd i chęć zapomnienia o wstydzie poprzez dalsze picie... Czy z tej pułapki można znaleźć wyjście?

Jolanta Białek: – Wydaje się, że uzależnieni toczą ciągłą grę – z samym sobą, ze swoimi bliskimi, bliscy z nimi. Na czym polegają te gry?

Lubomira Szawdyn: – Rzeczywiście, Eric Berne i Virginia Satir pisali o family games, alcoholic family games. To, co się dzieje w rodzinie alkoholika, na zewnątrz, dla patrzących z boku wygląda jak gra. Natomiast moje badania i doświadczenia życia zawodowego pokazują co innego. To nie jest games. To jest autentyk. Bo co to jest gra? Gra jest wtedy, gdy robię coś, aby wygrać. Wszystko jedno czy w chińczyka, czy w ruletkę, czy manipulując zespołem ludzi, zawsze na końcu jest myśl o wygranej. Coś inwestuję, niekoniecznie muszę stawiać żetony, czasami swoją wiedzę, swój spryt, system manipulacyjny – jak zwał, tak zwał. Ale mam na końcu cel: wygrać. Natomiast w uzależnieniach celem jest przetrwanie. Z pozoru wygląda to jak gra, a tak naprawdę jest to sytuacja bycia razem ze sobą ludzi chorych zamiennie fazowo. Gdy rozpoczynałam pracę z uzależnionymi, nic nie wiedziałam na temat tej choroby. W poradniach przeciwalkoholowych – tak to się wtedy nazywało – przyjmowało się pacjentów, rozpoznawało się morbus alcoholicus, dawało się anticol i mówiło: „Panie Józiu, nie pij pan, bo panu to szkodzi”. I tyle. Fucha po prostu cudowna, bo nic nie trzeba było robić. W związku z tym nikt nie wiedział, czym jest alkoholizm. A ja byłam młoda, miałam misję, chciałam pomagać. No, ale żeby pomagać, musiałam zrozumieć, musiałam poznać tę chorobę. W pokoju nad łóżkiem na słomiance powiesiłam papier pakowy i narysowałam sobie schemat-hipotezę, że być może ta choroba tak wygląda.

– Potwierdziła się Pani ta hipoteza?

– Tak, to jest choroba fazowa. Człowiek się rodzi gdzieś, w jakimś konkretnym środowisku, i ta genetyka jest oczywiście ważna jako potencjalna predyspozycja. Następnie coś tam ćwiczy – jeden picie, drugi hazard, trzeci dragi, czwarty coś innego. Jeden ćwiczy dłużej, inny krócej. W końcu dochodzi do ciągu. Jest ciąg, np. opilczy, potem jest zespół odstawienia, bo musi być, bywa krótszy lub dłuższy. Potem jest chwila ciszy, potem jest ciąg, zespół odstawienia, chwila ciszy, ciąg, zespół odstawienia, chwila ciszy itd. Chciałam zobaczyć, co się dzieje z uzależnionymi i współuzależnionymi w tych trzech fazach. A co mogłam obserwować? Tylko behaviour – zachowania i emocje.

– Ale żeby ten eksperyment miał wartość, to chyba musiała Pani obserwować pacjentów w ich własnych domach, w ich środowisku?

– Oczywiście. Byłam w prawie pięciu tysiącach domów od 1976 roku do stanu wojennego. Po „Dobranocce” kładłam swoje dzieci spać i szłam na Ochotę, w moją dzielnicę. I ile trwał ciąg, to ja tyle dni sępiłam w tych domach, w przedpokoikach, w kuchniach, na taborkach, na podłodze sypiałam, żeby zrozumieć. Bo ja tego nie rozumiałam. O co tam chodzi? W głowie mi się nie mieściło, jak można być bitą i siedzieć w tym biciu, w tym smrodzie i jeszcze trzymać w tym własne dzieci. I zobaczyłam, że tam nie ma games. Jeżeli jest ciąg – jakikolwiek, czyli ktoś jest w szale zakupów, w szale grania, w jakimś tam swoim świecie, to odchodzi od nas, mówi „pa” i wchodzi cały w swój świat uzależnienia, bez kombinowania, które jest podstawą gry.

– Czy to nie jest gra, gdy mąż przychodzi podpity czy pijany i tłumaczy, że były urodziny szefa, albo że tylko jedno piwo, albo że koledze urodziła się córeczka? I opowiada ze szczegółami, i cały spektakl odgrywa?

– Nie rozumiem, jaka tu jest gra? Wszystkie uzależnienia opierają się na kłamstwie, ale są też kradzieże i inne przestępstwa, aż po morderstwo. Ale to kłamstwo jest głównie z tego powodu, żeby się wybielić, wyczyścić, żeby nie było tego gadania itd. Kłamiemy na ogół ze wstydu i z lęku przed odpowiedzialnością, ale ten lęk i wstyd są prawdziwe do bólu, to nie jest gra.

– A gdy żony udają, że nic się nie dzieje, ukrywają przed sąsiadami pijanego męża, pakują walizki, a potem je rozpakowują, to nie jest to gra?

– To też chciałam zobaczyć. Jak ci uchlani wchodzą do domów, co się wtedy dzieje? Bo też słyszałam, że żony tak się wstydzą, że niemal wciągają ich do mieszkań, żeby sąsiedzi nie słyszeli. Od innych słyszałam, że wprost przeciwnie, że wyrzucają walizki, każą spać na klatce. Chciałam to zobaczyć, bo co innego zobaczyć, a co innego tylko o tym słyszeć. No i rzeczywiście było i tak, i tak. Było i tak, że jak zapity mąż zwalił się nad ranem do domu, to żona obierała go z bonów peweksowskich, z dolarów, z zegarka, z obrączki, ze wszystkiego, co miało jakąś wartość.

A rano, gdy już wychodziłam, to słyszałam, jak ona jego skacowany łeb uzupełnia jeszcze wiadomościami: „Znowu cię draniu okradli!”. Miałam oczy jak dwa spodki, nie mogłam zrozumieć, dlaczego ona to robi. Następnego dnia przychodziłam jak zwykle, on był dalej w ciągu, a ona mi tłumaczyła: „Ty się nie dziw, ale ja muszę z czegoś dzieci utrzymać. Jak on jest trzeźwy, to nie daje mi pieniędzy, jest skąpy. Za te pieniądze, które mu wyciągnę, żyjemy od ciągu do ciągu”. Czy to jest gra? Tam nie ma gry, tam jest ratowanie życia. Tam każdy próbuje przetrwać zależnie od swoich tradycji rodzinnych, swojego pomyślunku. Stąd wszystkie role, te kozły ofiarne, maskotki, bohaterowie itd., bo każdy ratuje się, jak może, ucieka w swoje predyspozycje, żeby przetrwać, a nie żeby wygrać.

– Powiedziała Pani, że uzależnienie, to sytuacja bycia razem ze sobą ludzi chorych zamiennie fazowo. Co to znaczy?

– Odpowiem na przykładzie alkoholików. Zachowania alkoholików i koalkoholików w kolejnych fazach są odmiennie lustrzane. To, jak się zachowuje alkoholik zależy od wielu czynników. Od tego, jak długo pije, jaką ma tolerancję na alkohol, jak szybko go to odmóżdża, czy te zachowania są agresywne, czy wprost przeciwnie, czy od razu upija się na wiotko z oddaniem kału i moczu.

Rodziny również przeżywają ciąg bardzo różnie. Jeżeli jest strach, to się bierze dzieci i się ucieka. Jak jest buta, to gdy on się wreszcie opije, to się bierze wałek i się go wali. Jak jest wstyd, to się zasznurowuje buzię na tysiąc zamków i się mówi mamie, jak jest świetnie, w pracy również się powtarza, jak jest cudownie i dzwoni się do szefa i mówi się, że mąż ma ciężką grypę. W każdym razie, gdy on jest w ciągu, rodzina cierpi, bo albo się boi, albo się wstydzi – ale to można wykorzystać, można ich wtedy zmotywować do leczenia.

– A można coś zrobić z alkoholikiem w ciągu?

– Z pacjentem w ciągu nie można złapać żadnego kontaktu, wszelkie wysiłki spełzną na niczym. Ale ja na początku tego nie wiedziałam. I gdy przyszłam do mojej pierwszej rodziny, to myślałam, że jest to prostsze. Pacjent, pan Jurek, był w ciągu. Czekałam aż przyjdzie. Zwalił się wreszcie około drugiej, według mnie jeszcze w kontakcie. No to ja, bidunia, postanowiłam, że do siódmej – bo wtedy od nich wychodziłam – on ze mną porozmawia, potrzeźwieje, ja z nim pobędę i będzie dobrze.

Kocham ludzi, więc on to zrozumie, będzie wiedział, że chcę mu pomóc. A on się pokręcił tak z pół godziny, był bardzo grzeczny, ale później powiedział: „No, doktorka, kto skacze po pół litra – ja czy ty? Nie będziemy tutaj gadać o suchym pysku!”. Zbaraniałam. Ale wtedy zrozumiałam, że nie weszłam na jego poziom. On jest gdzieś w obłokach, w innym świecie, a ja stoję tu na tej glebie, idiotka, i myślę, że może moją empatyczną duszą czy czymś w tym rodzaju nawiążę z nim kontakt. Przecież nie był agresywny. Wiedziałam, że z agresywnym alkoholikiem kontaktu nie można nawiązać, ale z takim spokojnym, który w dodatku nie śpi i chce pogadać? Byłam pewna, że go przegadam, że dwa czy trzy dni tam poprzychodzę i uda mi się go wyciągnąć. Moja naiwność nie miała granic.

– Jeszcze trochę rozsądku Pani zachowała, bo przecież mogła Pani skoczyć po te pół litra, myśląc, że jak się napije, to na pewno się otworzy.

– Nie, tak nigdy nie pomyślałam. Wiedziałam od zawsze, nie wiem skąd, ale wiedziałam, że to tak nie funkcjonuje. To są mrzonki, że jak ktoś się odmóżdży, to jest prawdziwy, a jak nie, to nie jest prawdziwy. Niektórzy są bardzo szczerzy pod wpływem, niektórzy na trzeźwo. Jeżeli ktoś ściemnia, to będzie ściemniał i na trzeźwo, i po pijanemu. Jeżeli się boi, też będzie łgał i kręcił. I to jest niezależne od substancji chemicznej.

– Kolejna faza, to zespół odstawienia. I co się wtedy dzieje?

– W ciągu następuje stopniowe zatruwanie organizmu lub, u niechemicznych, pojawia się coraz większy lęk. Bo już grunt się pali pod nogami: hazardzista już nie ma skąd pożyczyć, tanorektyczka ma już raka skóry, bulimiczka nie ma czym wymiotować itd. Wtedy następuje na ogół naturalna przerwa. Ale część pacjentów ląduje w więzieniu i tam ma zespół odstawienia, część ląduje w szpitalu i tam ma zespół odstawienia, część ląduje w przypadkowych miejscach pomocy ludzkiej. Jednak ponad 80 procent ląduje w swoim rodzinnym domu.

 Z tym swoim nieszczęsnym kacem, z tymi długami itd. I co się dzieje? W tym nie ma żadnej gry. To jest przekroczenie Rubikonu, bo uzależniony wraca ze świata ułudy z bagażem strasznych rzeczy, które wydarzyły się w tym czasie. Budzi się na tej glebie, na której rodzina na niego czekała, na tej rzeczywistej ziemi. I następuje konfrontacja rzeczywistości z budzącym się rozumem, który jeszcze jest zakręcony, na przykład u hazardzisty jeszcze w oczach widać, że on te wille buduje na Florydzie. To spotkanie jest szokiem, jest taką traumą, która kończy się ciężką depresją, myślami samobójczymi, bardzo często próbami samobójczymi, bezsennością. Już pomijam ciało, które cierpi, ale psychika jest tutaj w totalnym dole, chorego przytłacza wstyd i lęk. I to jest jedyny moment, w którym specjalista może się dobić, żeby zapytać tego człowieka: czy ty chcesz tak cierpieć?

– Wtedy nie tylko terapeuta, ale przecież rodzina może mu pomóc?
– Rodzina wtedy mu na pewno nie pomoże. Bo gdy uzależniony jest na dnie, jego rodzina jest na górze i teraz ona idzie w złudę. Nie dogadasz się. Oni mają pewność, nadzieję, że życie zaczyna się od nowa, że tata już się wyprostował, że mama przestała pić, że wszystko wróci do normy, długi się jakoś pospłaca, wszystko się jakoś załatwi. Ten leży i, powiedzmy, liże rany, a tu...

Podam przykład. Chodziłam do mieszkania Zosi. Dziewięć dni trwał ciąg jej męża, ja chodziłam dziewięć dni pod rząd. Raz uciekłyśmy z dzieciakami do sąsiadów piętro wyżej, a gdy się uspokoił, wróciłyśmy. Po dziewięciu dniach przestał pić, przyszłam normalnie, jak co dzień. Pukam, a Zosia uchyla drzwi i przez łańcuch mówi: „Ciiiiiii, Kaziu śpi”. „No to co, że śpi?” – odpowiadam, a ona: „Już jesteś nam niepotrzebna, bo on już się nie napije”. Ja mówię: „Zosia, on może dzisiaj się nie napije, jutro się nie napije, ale później...”. „Ale on już się nigdy nie napije” – powiedziała z przekonaniem i zamknęła mi drzwi przed nosem. Aż usiadłam na schodach ze zdziwienia. Wtedy nadszedł najstarszy syn, chodził do pierwszej klasy zawodówki, zobaczył mnie i zapytał: „A ty co tu u nas robisz?”. Powiedziałam mu, że mama mnie nie wpuściła, bo tatuś śpi i jest wszystko w porządku.

On na to: „No tak!” i usiadł obok mnie. Zaczęłam z nim rozmawiać: „No wiesz, mama jest po tylu nieprzespanych nocach, że może jej się wydawać coś tam. Ale ty? Przecież wiesz, że tato miesiąc temu pił dwa dni, tak?”. „Dwa dni?! Nasz ojciec?! Nie, nasz ojciec jak wali, to dwa tygodnie, potem ma dwa dni przerwy i znowu dwa tygodnie”. Ja mówię: „Nie, teraz pił dziesięć dni. Wiem, bo byłam u was”. Odpowiedział: „No to jeszcze tak średnio było”. Pytałam więc dalej: „A ile razy pił w tym roku?”. „Od stycznia z sześć razy. Ale teraz to on już się chyba naprawdę nie napije” – i widziałam, że absolutnie wierzy w to, co mówi.

To przecież jest samooszukiwanie. Niemożliwe jest, żeby po tym wszystkim co przeżyli, wierzyli, że on przestanie...

– A jednak wierzą, wierzą prawdziwie. Tu nie ma żadnego samooszukiwania, bo gdyby było, to można by im to wytłumaczyć, zracjonalizować. Ale rozum jest na to za krótki. Nic im nie wytłumaczysz. Ale to nie jest gra, to jest wejście w emocjonalny świat, w inną rzeczywistość. Oni wiedzą, że trzeba mu szybko pomóc i mają pewność, że nadchodzi nowe życie, new age. Tak jest w każdej rodzinie uzależnionej. I wtedy nie ma najmniejszej szansy, żeby się z nimi dogadać. Żona nie ma czasu, syn nie ma czasu – bo jest naprawianie szkód ciągu. Oni są zajęci, zniecierpliwieni. Owszem, mówią o tym, co było, ale tak coraz rzadziej.

W miarę upływu czasu gumka myszka w rozumach tych ludzi zaciera wszystko. I gdy rozmawia się z nimi w tym czasie, to okazuje się, że w ogóle nie było problemu. „Jak to? Przecież u was byłam. Czy ja śnię? Przecież on z siekierą latał”. „E tam, z jaką siekierą? No tak, wziął ją tylko do ręki”. „Ale przecież myśmy uciekały na pierwsze piętro pod schody”. „Oj Luba, tak czasami się zdarza”. Po kilku takich rozmowach myślałam, że to ja zwariowałam. Ale potem było wiele, wiele podobnych. Zrozumiałam, że to tak działa.

Najpierw jest blednięcie, a potem jest wyparcie – i ona już nie jest żoną alkoholika czy hazardzisty. Oni już popłacili długi, on już wytrzeźwiał, wszystko udało się załatwić, jest w porządku, a więc na jaką terapię mają pójść? Dlatego bardzo ważne jest, żeby w tych momentach bardzo intensywnie pracować z rodzinami, żeby przetrwać ten urojeniowy zespół.

Gumka myszka wyciera wszystko zarówno uzależnionemu, jak i jego rodzinie?

– Tak, tylko w innych fazach – rodzinie w zespole odstawienia, a uzależnionemu w fazie ciszy. W tej fazie zaczynają się dziać bardzo ciekawe zjawiska. U uzależnionego spada krytycyzm, a u współuzależnionych wzrasta kontrola. Im dalej od znalezienia w kieszeni złotka czy sreberka, czy proszku białego, czy picia, czy czegokolwiek, tym bardziej wszyscy są spokojni. Aż raptem pojawia się jakiś niepokój. Pojawia się wtedy, gdy osoba uzależniona zaczyna chcieć być samodzielna, urywa się. Bo gdy on leczył rany, rodzina dla niego tyle zrobiła i to jest taki łańcuszek, taka smycz. I owszem, można mu trochę popuścić, żeby sobie swobodniej pochodził, ale chcą tę smycz trzymać cały czas w garści.

A piątego dnia odstawienia pan Ziutek, już zdrowy, postawi kołnierzyk i mówi: „Zosiu, wychodzę”. To rodzina zostaje z białymi kosteczkami, trzyma się zlewu czy szafy, zęby są już zaciśnięte – bo on nie powiedział dokąd, nie powiedział, kiedy wróci. Na szczycie szaleństwa kontroli ona musi wiedzieć, gdzie on jest, co robi, co mówi, co wydala i co przyjmuje. A on w tym czasie jest na szczycie totalnego braku wglądu, bo gumka myszka już u niego wytarła wszystkie szkody, on już jest zdrowy, ma zdrową wątrobę. Jest już pewien, że nie ma żadnego problemu z niczym. Jest normalnym człowiekiem, któremu jedno piwo czy jedno pójście do maszyny i wrzucenie żetonu nie zaszkodzi.

No i znowu wpada. A czy nie istnieją jakieś symptomy, jakieś znaki, które mówią, że jego już ciągnie?
– Oczywiście, przed każdą następną wpadką są objawy zwiastunowe. Najogólniej rzecz ujmując, można wyróżnić dwa zespoły prodronalne. Zespół dysforyczny, kiedy człowiek wyolbrzymia pewne sytuacje, staje się drażliwy, niecierpliwy, wybucha z byle powodu, reaguje złością, gniewem, niekiedy agresją. Albo zespół depresyjny, a więc spadek emocji, obniżenie nastroju, kiedy nic się nie chce, bo po co, nic nie warto itp. Jeżeli po względnej równowadze, stabilności emocjonalnej pojawiają się takie prodromy, wtedy już można rozpoznać, że on pójdzie. Rodzina to rozpoznaje i mówi: „Uważaj, popłyniesz”.

 Ale trzeba być uważnym, trzeba to zobaczyć. Miałam pacjentkę Danusię, która w zespole prodronalnym przestawała się malować. I jej dwunastoletnia córka Beatka dzwoniła do mnie i mówiła, że mama poszła bez makijażu do pracy. Gdy Beatka rano dzwoniła, to ja po południu, gdy nieumalowana Danusia wracała z pracy, szłam do niej z moim synem i robiłam z nią kotlety mielone. Siedziałyśmy i gadałyśmy. To znaczy ona gadała – że nie warto już chodzić do pracy, bo szef uwziął się na nią, bo koleżanka z pracy kręci z tym, co jej się podobał, bo jest drożyzna na świecie, bo rząd jej się nie podoba, bo w ogóle jest beznadziejnie itd. Ja tylko słuchałam, nic jej nie musiałam tłumaczyć. A potem wieczorem do mnie dzwoniła: „Jakbyś dzisiaj do mnie nie przyszła, to chyba bym się opiła. Skąd wiedziałaś?”.

 „Ja? To twoje dziecko wiedziało, że jak jesteś nieumalowana, to cię nosi”. Poprzednio było tak, że matka w połowie smażenia spadała piętro niżej, bo tam była melina, i się upijała. Ale teraz Beatka mogła zadzwonić do mnie. Bo kiedy jest potrzebny opiekun, terapeuta w takiej rodzinie? Potrzebny jest, żeby zapobiegać temu obłędowi, żeby rodzina była w realu w momencie, gdy on ma zespół odstawienia, i żeby uzależniony był w realu, gdy gumka myszka chce mu wszystko wytrzeć. Fachowa pomoc najpotrzebniejsza jest tuż przed ciągiem, żeby nie wpadł ponownie. Bo wtedy konieczny jest repeat z tego wszystkiego, co było, wizja wstecz, uprzytomnienie, jak to przebiega od wielu lat. I to czasami zupełnie spokojnie pomaga.

To niezbyt optymistyczne. Bo w takim razie 99 procent uzależnionych nie ma szans, bo przecież nikogo przy nich nie będzie.

– Nieprawda. 99 procent uzależnionych rozpoznaje u siebie ten zespół, jeśli są dobrze leczeni i sami pójdą i poproszą o pomoc. Jeden powie: pobądź ze mną, drugi: nie pobądź ze mną, trzeci pójdzie wcześniej do szpitala zrobić sobie badania, bo akurat i tak jest do niczego, nie nadaje się do pracy, to przy okazji zrobi sobie przegląd całej duszy. Czwarty pójdzie do spowiedzi, piąty pojedzie na rowery z kolegami. Ale tu jest potrzebna wiedza, żeby usłyszeć to: „Mamo, jesteś nieumalowana, uważaj”. I Danka po pewnym czasie nauczyła się reagować na ten sygnał i sama już sobie szukała różnych form pomocy. Owszem, dalej musiała się poużalać, ale nie musiała się napić. Ona miała taki zespół użalania się nad sobą, a ktoś inny ma zespół lania w pysk, dysforii i gniewu, wściekłości i musi umieć znaleźć sobie miejsce i instrumenty, żeby poradzić sobie z tą złością, która nagle się pojawia, jako prodrom. Ale też trzeba sobie umieć poradzić na przykład z niespodziewanym sukcesem. Człowiek leczony prawidłowo zdobędzie taką umiejętność.

– Każdy wymaga więc innego podejścia?

– Byłam wielokrotnie niezrozumiana przez psychologów, którzy by chcieli, żeby to było takie proste. Że jest gra z jednej strony, jest gra z drugiej strony. W tym systemie przetrwania jest wiele momentów, w których aż się prosi, żeby podłożyć takie proste psychologiczne definicje, jak na przykład gra. Ale tak naprawdę cierpienie tych dwóch stron jest niewyobrażalne, nie do ujęcia w schematach. Ktoś powiedział, że największe cierpienie jest wtedy, kiedy nam Pan Bóg rozum odbiera.

– A w uzależnieniach odbiera, tak?

– Odbiera. I z samych zachowań, z tego, co wyrażają bez słów, to widać. Bo gdy kobieta chwyta dziecko i ucieka, to nie musi mówić: „Pani doktor, ja czuję panikę”. Widać przecież, że ona jest przerażona. Albo gdy w indywidualnej terapii kobieta bez przerwy patrzy na zegarek i pyta: „Mogę zadzwonić? Mogę zadzwonić? Muszę się przekonać, czy on już wrócił”. Siedzi i mnie nie słyszy, widzę to – jest tu, ale jej nie ma. Ona jest w matni, a nie w grze. Dopiero jak się dowie, że on jest w domu, usłyszy jego głos, widać, jak powietrze z niej schodzi i wtedy wraca do rzeczywistości, tu i teraz. Ci ludzie tacy są, oni tak naprawdę żyją. Jedynym ich celem jest przetrwanie, nie ma żadnych innych ukrytych celów. Nie ma gry, jest prawdziwy ból. Jestem tego pewna, bo tę wiedzę zdobyłam w bezpośrednim doświadczeniu, ale dzięki temu mogę skutecznie pomagać.

– Dziękuję za rozmowę.