poniedziałek, 06 grudzień 2010 10:01

Mam dość bycia DDA

Mam dość bycia DDA, ponieważ nie byłam nigdy dzieckiem. A nawet jeśli byłam, to tego nie pamiętam. Byłam tylko o rok starsza od moich najbliższych koleżanek, ale już wtedy ich mamy mówiły o mnie Duża Basia.
Nie pamiętam, żebym była beztroska – byłam zatroskana. Nie pamiętam, żebym była opieszała, niezdyscyplinowana, zbyt ciekawa, odważna. Byłam sumienna, zawsze na miejscu, akuratna, nieśmiała i taka... dobra. No i świetnie się uczyłam. Wzór... I byłam jeszcze bardzo nieszczęśliwa, bardzo samotna i bardzo się bałam. Że ojciec zabije mamę, że będzie mnie bił, że spowoduje wypadek, jak pijany będzie jechał na motorze, że znowu się zmoczę w nocy, że sąsiadka nie przyjdzie i nie odwlecze się choć na chwilę awantura, że kiedyś coś sobie zrobię, bo tego nie wytrzymam, a przecież nie mogę skrzywdzić matki i zostawić jej samej. Że Pan Bóg mi nie wybaczy tego, że wrzuciłam do stawu małe kotki, które ojciec kazał mi utopić.

Że już zawsze będę sama, bo przecież nie zasługuję na to, żeby być przez kogoś wyróżniona miłością. Mijały lata, a moja chora dusza coraz bardziej wołała o pomoc. Pamiętam, jak pierwszy raz zwymiotowałam i jak potem robiłam to latami, żeby poczuć ulgę, żeby nie bolało.

Jak bardzo nienawidziłam swojego ciała i siebie... Zamroziłam się. Potem znalazłam kogoś, w kim ulokowałam swoją ogromną miłość, całą miłość, której nie miałam komu dać. Teraz już miałam kogo kochać. Nie pytałam siebie: czy czuję się kochana?

Urodziłam dzieci – cudem zdrowe, bo moja choroba nadal trwała – one pochłonęły całą moją uwagę. Potrzebowałam dużo siły, a tej zaczynało brakować. Ciało już się poddawało, a ja nadal nie prosiłam o pomoc. Mąż udawał chyba, że nie widzi, bo nie mógł nie widzieć, ale to nie jemu pierwszemu powiedziałam, co się dzieje. Wreszcie komuś zaufałam, a on – psycholog – zajął się mną. Wylądowałam w szpitalu, zdiagnozowano to, co już było chore, wyleczono, a ja podjęłam terapię. Byłam oporną pacjentką, ale mój psycholog był bardzo cierpliwy. Kiedyś powiedziałam mu: „Czemu mnie pan po prostu nie wyrzuci?!” Odpowiedział: „A po co? Zawsze mogę to zrobić”.

Marzyłam o dniu, kiedy powiem o sobie „jestem zdrowa”. Ile czasu musi minąć bez wymiotowania, żebym mogła powiedzieć o sobie „byłam bulimiczką”? Trzy miesiące? Rok? Dwa lata? Dzisiaj już mogę powiedzieć: „Byłam bulimiczką”. Od 6 lat nie myślę o jedzeniu poza momentami, kiedy jestem głodna. Nie mogę jednak powiedzieć „byłam DDA”.

Ja jestem DDA. Ojciec umarł i już się z nim rozliczyłam. Ukoronowaniem tego był sen, który miałam już po jego śmierci. Siedzimy na trawie – tylko on i ja naprzeciw siebie. On trzyma na kolanach miskę z jedzeniem. Bierzemy palcami po kawałeczku tego czegoś – raz on, raz ja i jemy w milczeniu, patrząc sobie w oczy. Sytuacja, która za jego życia nie mogłaby mieć miejsca – zdarzyła się po jego śmierci.

Ten rozdział jest zamknięty, ale zostało coś, co bardzo trudno zmienić: nie ufam sobie. Ilekroć w życiu nie poszłam za własną intuicją, przekonywałam się, że lepiej byłoby słuchać siebie. Wielokrotnie zlekceważyłam sygnały, które „normalny człowiek” potraktowałby jako ostrzeżenie.

Ciągle muszę od nowa uczyć się ufać sobie. Wiem, że bez przyjaciół nie poradziłabym sobie. Mąż nie był i nie jest dla mnie oparciem, ale od mojej przyjaciółki usłyszałam: „cokolwiek zrobisz, zawsze będę przy tobie”, i ja jej wierzę. Sama codziennie razem z modlitwą powtarzam: „cokolwiek zrobię, cokolwiek zdecyduję, nigdy nie zdradzę swojego serca”.

Basia

kucinska_marzennaMarzenna Kucińska jest psychologiem, psychoterapeutą Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej, trenerem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. W Instytucie Psychologii Zdrowia prowadzi szkolenia z podstaw pomocy psychologicznej. Ma prywatną praktykę w Centrum Integracji Psychicznej w Warszawie.


Droga Basiu,

Twój list zrobił na mnie ogromne wrażenie. Stoczyłaś ogromną walkę o siebie i wygrałaś ją. Stajesz się coraz bliższa samej siebie, zaopiekowałaś się swoim ciałem i tym, co nazywasz chorą duszą. Znalazłaś oparcie w przyjaciółce i terapeucie, odbudowując powoli zaufanie do ludzi. Dałaś sobie prawo, by swoje chore strony pokazać innym i otrzymać pomoc – to ogromna odwaga.

Bardzo plastycznie opisałaś swoje bycie DDA – zagubione w złym świecie, samotne dziecko, które nie może sobie pozwolić na beztroskę, spontaniczność czy błędy. Grając Dużą Basię, musiałaś coś zrobić z Małą – bezradną, przestraszoną, pełną wyrzutów sumienia za nie swoje winy. Piszesz o nienawiści i zamrożeniu, przelewaniu miłości na innych, zapominaniu o sobie. Rozumiem, że były to sposoby, by nie czuć wewnętrznego cierpienia. Trochę niesprawiedliwie podzieliłaś swoją uwagę i uczucia: nienawiść i całą złość skierowałaś na siebie, a całą miłość na innych (innego?). Trudno mi znaleźć winę, która by uzasadniała taki podział. Zupełnie w tym wszystkim nie dostrzegam Twojej winy. Widzę za to zdrowy odruch, by wyrzucić z siebie to całe połykane i zatrzymywane w środku zło, choćby w postaci wymiotów. Szkoda jedynie, że wcześniej ktoś nie sprowokował wyrzucenia tych niestrawnych treści w sposób bardziej werbalny...

Myślę jednak, że mądra ta Twoja Mała Basia, bo przecież gdyby nie tak silna choroba, to pewnie do dziś znosiłabyś dzielnie wszystko, rozdzielając innym miłość, a sobie nienawiść. To, co wydawało się ślepym zaułkiem, okazało się drogą wyjścia.

Piszesz, że masz dość bycia DDA. Ciekawa jestem: co masz na myśli? Dla mnie być DDA, to nie pozwalać sobie być dzieckiem, to wiecznie starać się być dorosłą, odpowiedzialną, wzorową. Przestać być DDA, to zacząć być sobą: jak piszesz – kierować się sercem, troszczyć się o siebie, wierzyć, że jeśli nawet ja jestem bezradna, to zawsze mogę liczyć na innych. Kiedy czytam Twój list, wydaje mi się, że już zaszłaś daleko na tej drodze. Pytasz siebie, czy czujesz się kochana, wyrażasz swój lęk, pytając „czemu mnie pan nie wyrzucił?”. Kiedy wyrażamy swoje uczucia, uświadamiamy własne potrzeby – jesteśmy przy sobie. Przestajemy być samotni i opuszczeni, bo zawsze jest przy nas nasza uwaga. Kiedy Duża Basia czuwa, Mała może być beztroska, rozbawiona, rozzłoszczona – i nic jej nie grozi. W razie czego Duża ją obroni, albo zawoła do pomocy przyjaciół.

Podoba mi się metafora z Twojego snu – karmienie się czymś zdrowym, wspólne spożywanie posiłku, bezpieczne bycie razem. Tego doświadczenia i umiejętności nikt ci nie odbierze. Twoja relacja z ojcem we śnie odzwierciedla dobrą więź rodzica z dzieckiem, która jest bezpieczna i karmi ich oboje.

I na koniec chcę Ci podziękować, Basiu, za to co zrobiłaś dla siebie. I za list, który z pewnością da nadzieję innym.